– Nie możesz winić za to Rossa – powiedział Nat, choć czuł, że nie do końca jest to prawda. – Życie tutaj jest ciężkie, ma prawo obawiać się, że nie dałabyś sobie rady.

– Wszystko, czego pragnę, to udowodnić, że tak nie jest! – wykrzyknęła. Srebrzystoszare błyski w jej oczach wydawały się być teraz ostre jak sztylety.

– A więc niczego nie musisz się obawiać – westchnął Nat. Jak dalej miał prowadzić tę rozmowę? Kompletnie nie wiedział. – Zobaczysz, zanim jeszcze nadejdzie koniec sezonu, zaczniesz się czuć w Cowen Creek tak swobodnie, jakbyś się tam urodziła. Nie jest też powiedziane, że Ross nie zmieni zdania…

– Nie mam tyle czasu – jęknęła Purdy. – Najdalej za trzy tygodnie muszę być w Londynie.

– Kończy się ważność twojej wizy?

– Nie, moja siostra wychodzi za mąż. – Ponownie odwróciła się do okna.

Prawdę mówiąc, gdyby nie ślub siostry, za nic nie opuściłaby Australii. Choć wychowana w Londynie, nie cierpiała jego szarych ulic, szarych domów i szarych chmur na szarym niebie.

Co innego Cowen Creek. Tu nawet zwykła trawa miała cudowną, intensywną, przesyconą słońcem i wiatrem barwę. A poza tym zawsze w pobliżu był Ross. Szczególnie lubiła patrzeć, jak pędził na koniu. Tak swobodnie trzymał się w siodle i tak cudownie, wprost anielsko się uśmiechał…

Purdy westchnęła ciężko.

– Tu nie chodzi tylko o Rossa – powiedziała jakby do siebie. – Po prostu kocham to miejsce. Kiedy tu przyjechałam, poczułam się, jakbym wróciła do domu. Jakbym wszystko tutaj znała od zawsze. Tę niewiarygodną ciszę, wspaniałe, palące słońce, śpiew ptaków… Nawet odgłos ciężarówki na drodze. – Rzuciła w kierunku Nata niepewne spojrzenie. – I to jest główny powód, dla którego chciałabym należeć do tego miejsca. – Zamilkła na chwilę, a potem spytała cicho: – Czy to w ogóle ma jakiś sens?



8 из 96