
Nat zerknął w jej kierunku i zaraz odwrócił wzrok na drogę. O co, do diabła, chodzi z tym całym Rossem? Dlaczego każda kobieta w promieniu stu kilometrów, niezależnie od stanu i wieku, wodziła za nim maślanymi oczami? Ta epidemia dotknęła również Purdy…
– Więc w czym problem? – zapytał.
– Problem? – powtórzyła zdziwiona. Mówiła bardziej do siebie niż do Nata i jego pytanie trochę ją zaskoczyło. No tak, zwierza się obcemu facetowi… Ale co tam, jej już wszystko jedno.
– Nie mówiłabyś mi tego, gdyby wszystko było w porządku, prawda?
– Masz rację… – W jej głosie pobrzmiewała wyraźna rezygnacja. – Nie wszystko jest w porządku. Ross lubi mnie, ale nic więcej. Mówiąc wprost, nie kocha mnie. Nasza znajomość będzie trwać tak długo, jak długo ważna będzie moja wiza. Grangerowie zatrudniają kogoś do kuchni każdego lata. Jak przypuszczam, Ross niejednej kobiecie złamał serce. Jestem dla niego sezonową ciekawostką, niczym więcej…
Znając wyczyny Rossa, Nat musiał w duchu przyznać Purdy rację. Nie widział jednak powodu, by dzielić się z nią tą wiedzą.
– Znam Rossa – zaczął trochę wbrew sobie. – Jest porządnym facetem, tyle tylko, że jeszcze bardzo młodym.
– Co ty, przecież ma już dwadzieścia siedem lat, o dwa więcej niż ja.
– To prawda, ale Ross jeszcze nie myśli o ustatkowaniu się. Musi minąć trochę czasu, zanim…
– Zanim zacznie szukać żony – dokończyła gorzko Purdy. – Z pewnością będzie to któraś z miejscowych piękności, która da mu ciepły dom i gromadkę wesołych dzieciaków.
No cóż, ma rację, pomyślał Nat.
– Powiedział ci to wprost? – zapytał, siląc się na obojętność.
– Nie musiał. – Purdy tępo wbiła wzrok w drogę. – Dał mi jasno do zrozumienia, że przyjemnie jest spędzić ze mną trochę czasu, ale nie całe życie. – Oczy Purdy niebezpiecznie się zaszkliły. Zacisnęła powieki, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. – Nie jestem stąd. I nigdy nie będę – dokończyła rozdygotanym głosem.
