
Strumień, który przecięli po drodze, biegł w pobliżu hacjendy, a za nim wznosiły się długie wzgórza. Jupiter pokazał wujkowi pomnik Cortesa.
– To na sprzedaż? – spytał szybko Tytus.
– Nie, ale w stajni jest dużo rzeczy na sprzedaż – odpowiedział Pico.
Hans podprowadził ciężarówkę pod korral, a pozostali poszli przez piaszczysty teren do stajni. Wewnątrz było mroczno i Pico odwiesił swój kapelusz na kołek, aby wygodniej mu było pokazywać rodzinne skarby. Wujek Tytus i detektywi otworzyli szeroko oczy na ich widok.
Długi budynek stajni wyposażony był do połowy w przegrody dla koni i zwykły farmerski ekwipunek. Druga połowa była magazynem. Od podłogi po sufit zwalono tam stoły, krzesła, skrzynie, sekretery, komody, lampy naftowe, narzędzia, draperie, miski, dzbany, wanny i nawet stary dwukołowy powóz. Na widok tak bajecznych skarbów, wujek Tytus zaniemówił z wrażenia.
– Alvarowie mieli kiedyś wiele domów – wyjaśniał Pico. – Teraz mamy tylko hacjendę, a umeblowanie pozostałych jest tutaj.
– Kupuję wszystko natychmiast! – wykrzyknął wujek Tytus.
– Patrzcie! – zawołał Bob. – Stara zbroja! Hełm i pancerz.
– Miecze i siodła ze srebrnymi okuciami! – wtórował mu Pete.
Wszyscy zaczęli szperać z zapałem. Wujek Tytus właśnie zdążył się zabrać do spisywania rzeczy, gdy na dworze rozległ się krzyk. Wujek Tytus przerwał pisanie. Po chwili krzyczały już dwa głosy.
Zaczęli nasłuchiwać. Znowu nadbiegł krzyk, teraz już wyraźniejszy.
– Pożar! Pożar!
Pożar! Na łeb, na szyję rzucili się do drzwi.
Rozdział 3. Pożar!
Gdy detektywi wybiegli ze stajni, poczuli unoszący się w powietrzu lekki zapach dymu. Na podwórzu stali dwaj mężczyźni, machali rękami i krzyczeli:
– Pico! Diego! Tam!
– Za tamą!
Pico pobladł. Z korralu widać było słup dymu, wznoszący się ku pochmurnemu niebu znad wyschniętych na brąz gór na północy. Oznaczał najgroźniejsze ze wszystkich niebezpieczeństwo – pożar poszycia!
