
– Jaką masz prośbę, Diego? – zapytał Jupiter.
Chudy Norris zaśmiał się.
– Hej, Grubasku, kolegujesz się teraz z przybłędami? Na to wygląda. Dlaczego nie pomożesz odesłać go z powrotem do Meksyku? Zrobiłbyś nam wszystkim przysługę.
Diego Alvaro zawrócił na pięcie. Tak szybko i zwinnie, że stanął przed Chudym, nim ten przestał się śmiać.
– Odwołaj to – powiedział. – Przeproś.
Niższy o głowę, młodszy i o wiele szczuplejszy od Norrisa, Diego stał niewzruszenie przed swoim przeciwnikiem. Wyglądał dostojnie niczym hiszpański don.
– Zgłupiałeś, nie przepraszam Meksykanów – powiedział Chudy.
Diego bez słowa uderzył Chudego w drwiąco uśmiechniętą twarz.
– Ty, mały…!
Jednym ciosem Chudy powalił mniejszego chłopca. Diego zerwał się natychmiast i starał się zadać cios Chudemu. Znowu został powalony. Wstał, padł, znowu wstał. Chudy przestał się uśmiechać. Odepchnął Diega daleko, aż na jezdnię i rozglądał się, jakby chciał, by ktoś przerwał nierówną walkę.
– Hej! Niech ktoś zabierze tego małego śmiecia…
Jupiter i Pete ruszyli do nich. Krępy kowboj zeskoczył ze śmiechem ze zderzaka.
– Dobra, Alvaro – powiedział – skończ z tym. Oberwiesz…
– NIE!
Wszyscy znieruchomieli na ten okrzyk. Wydał go mężczyzna, który pojawił się w tym momencie. Wyglądał jak starsza replika Diega. Choć znacznie wyższy, miał tę samą smukłą, zwartą budowę ciała i te same czarne włosy i oczy. Nosił również stare dżinsy, zdarte buty do konnej jazdy i haftowaną koszulę; jego była czarna, wyblakła, z czerwonym i żółtym obszyciem; czarne sombrero ozdobione było muszelkami ze srebra. Twarz miał hardą, spojrzenie zimne i twarde.
