
– Nic, tylko nieszczęście przynosi ta dolina – mamrotał ranny. – Nigdy nie powinienem tu przychodzić. Ten jęk, wszystko przez ten jęk…
– Nie, nie sądzę – powiedział Jupiter poważnie. – Myślę, że to wstrząs po wystrzałach obluzował kamienie i spowodował lawinę. Zbocze tej góry jest wyschnięte i bardzo strome.
– To ten jęk! – upierał się mężczyzna.
– Chodźmy lepiej po pomoc – powiedział Pete – sami nie damy rady zdjąć z niego tej sterty kamieni.
W tym momencie dobiegło ich rżenie koni i dostrzegli trzech mężczyzn jadących ku nim przez dolinę. Jeden z nich prowadził konia luzem. Na przedzie jechał sam pan Dalton.
– Co się stało? – zapytał zsiadając z konia.
Był to wysoki, suchy mężczyzna, w jaskrawoczerwonej koszuli, wyblakłych dżinsach i kowbojskich butach z wytłaczanej skóry, na podwyższonym obcasie. Głęboka troska malowała się na jego szczupłej, opalonej twarzy.
Chłopcy wyjaśnili, jak znaleźli rannego.
– Jak się czujesz, Cardigo? – zapytał pan Dalton przyklękając przy leżącym.
– Nogi mi połamało – wystękał Cardigo. – Wynoszę się stąd, mam dość tej przeklętej doliny.
– Myślę, że wystrzały spowodowały obsunięcie się kamieni – odezwał się Jupiter.
– Oczywiście – przytaknął pan Dalton. – Wytrzymaj jeszcze chwilę, Cardigo. Uwolnimy cię migiem spod tych kamieni.
Zajęło im to istotnie kilka minut, po czym dwaj pomocnicy pana Daltona ruszyli po ciężarówkę. Gdy podjechała na miejsce wypadku, unieśli ostrożnie Cardiga i ułożyli na platformie. Ciężarówka odjechała do szpitala w Santa Carla, a chłopcy powrócili do swych rowerów.
Panowały już zupełne ciemności, gdy Jupiter, Bob i Pete ustawiali rowery za ogrodzeniem otaczającym zabudowania rancza. Było tam pięć budynków: obszerna chata dla pracowników, duża i mniejsza stajnia, pawilon w którym mieściła się kuchnia, i główny dom – stary, piętrowy budynek, o drewnianej konstrukcji wypełnionej cegłą, otoczony szerokim gankiem. Cały dom był porośnięty pnączami o jasnoczerwonych i szkarłatnych kwiatach. Ogrodzenie dla koni otaczało budynki rancza.
