
– Przypuszczam, że ojciec Beefy'ego zrobił to dla jego dobra i dobra jego dziedzictwa – powiedział pewnego dnia Grear. – Beefy był tak niezdarnym chłopcem. Nikt nie przypuszczał, że będzie miał dość sprytu do prowadzenia wydawnictwa. Okazało się to niesłuszne. Ma świetnego nosa do opłacalnych publikacji. Mimo to musimy znosić Williama Tremayne'a co najmniej do przyszłego kwietnia, kiedy Beefy skończy trzydzieści lat. Ciężka to próba. Tylko on decyduje o wydatkach. Tak więc gdy czegoś potrzebuję, choćby pudełka ołówków, muszę zyskać jego zgodę.
Pan Grear kipiał oburzeniem, ilekroć mówił o szefie. Dziś zdawał się również oburzony, ale nie odzywał się. Kiedy Pete wychodził roznieść pocztę, siedział w swoim biurze, patrząc z nieszczęśliwą miną na papiery na biurku.
Amigos Press mieściło się w dwukondygnacyjnej zabytkowej budowli, wciśniętej między bardziej nowoczesne biurowce przy ruchliwej alei Pacyfiku w Santa Monica. Budynek Amigos wzniesiony był w czasach, kiedy Kalifornią rządzili meksykańscy gubernatorzy. Ściany były grube jak zazwyczaj w ceglanych domach i mimo słonecznego lata w pokojach panował chłód. Na wszystkich oknach parteru umieszczono ozdobne, żelazne kraty, co dodawało budynkowi uroku.
Pete wszedł najpierw do działu księgowości – dużego pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Kierownikiem był tu niesympatyczny mężczyzna w średnim wieku. Nadzorował dwie markotne kobiety, które pracowały nad stertami faktur.
– Dzień dobry, panie Thomas – powiedział Pete i położył na biurku przed kierownikiem plik kopert.
Thomas zmarszczył brwi.
– Włóż pocztę do pudła na tamtym stole. Co jest z tobą? Nie potrafisz zapamiętać tak prostej rzeczy?
– W porządku, Thomas – odezwał się ktoś za plecami Pete'a. Był to pan Grear. – Jestem pewien, że Pete to potrafi. Nie zapominaj, że to ja nadzoruję sekretariat. Jeśli chłopiec popełnia błąd, zgłoś to do mnie, ja będę z nim rozmawiał.
