
– Kopiarka się zepsuła. Czy mogę z tym iść do punktu usługowego? – zapytał Jupe.
W drzwiach pojawił się Gray.
– Nie, nie rób tego – powiedział – bezpieczniej będzie trzymać ten rękopis tutaj.
– Zaopiekujemy się nim dobrze – przyrzekł Beefy.
Gray skinął głową.
– Świetnie. A teraz, skoro ma pan już tekst, poproszę o czek i będę uciekał.
– Czek? – powtórzył Beefy. – Chodzi panu o zaliczkę?
– Ależ tak. Zgodnie z umową, w chwili dostarczenia pracy winien pan wypłacić pannie Bainbridge dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.
Beefy zdawał się wzburzony.
– Zazwyczaj najpierw czytamy tekst, proszę pana. Czek nie jest jeszcze nawet przygotowany.
– Och, rozumiem. W porządku. Będę więc oczekiwał nadejścia czeku pocztą – z tymi słowami pan Gray opuścił biuro.
– Najwyraźniej spieszy mu się z otrzymaniem pieniędzy – powiedziała pani Paulson.
– Przypuszczam, że nie zna się na umowach wydawniczych – odparł Beefy. – Przeoczył paragraf o akceptowaniu złożonego utworu do druku.
Wrócił do swojego gabinetu, a Jupe zszedł do sekretariatu wydawnictwa.
– Czy chcecie dziś pracować w godzinach nadliczbowych? – zapytał pan Grear, gdy Jupe znalazł się w pokoju. – Drukarnia dostarczyła nam właśnie nakład broszur o ptakach śpiewających. Włożymy je do kopert w dwie godziny i będę mógł je nadać jutro z samego rana.
Chłopcy byli skorzy popracować dłużej, zadzwonili więc do swoich domów w Rocky Beach i uprzedzili, że wrócą później. Byli wciąż zajęci przygotowywaniem broszur do ekspedycji, gdy pozostali pracownicy opuszczali biuro. Za kwadrans szósta pan Grear wychodził na pocztę z ostatnimi listami.
– W drodze powrotnej kupię pieczone kurczaki w pobliskim sklepie – przyrzekł.
Po jego wyjściu chłopcy pracowali sumiennie. Przez otwarte okno wpadł podmuch wiatru i zatrzasnął drzwi na korytarz. Chłopcy aż podskoczyli, gdy huknęły.
Było piętnaście po szóstej, gdy Bob przerwał zajęcie i pociągnął nosem.
