
– Tytusie Jones! – zawołała. – Czyś ty rozum postradał? Jak masz zamiar sprzedać to całe żelastwo?
– Bez problemu, moja droga – odparł Tytus z niewzruszonym spokojem. Wiedział z doświadczenia, że niemal wszystko, co go zainteresowało i co nabywał dla swego składu, sprzedawał następnie i to z niezłym zyskiem. – Niektóre pręty są z klatek.
– Z klatek? – powtórzyła żona. Podeszła bliżej, zaglądając do ciężarówki. – Te klatki muszą być dla specjalnie dużych kanarków.
– Kobieto, to są klatki dla zwierząt. A raczej były. Oddam je w ręce Jupitera i jego przyjaciół. Obejrzyj to, Jupe. Da się je doprowadzić do użytku?
Jupiter sceptycznie oglądał ładunek.
– No – powiedział z wolna – chyba da się je wyreperować. Trzeba dodać kilka nowych prętów, zrobić dach, naprawić podłogę, pomalować wszystko Pewnie, że możemy to zrobić, ale co z tego?
– Co z tego? – zagrzmiał wujek Tytus. – Wiadomo, co z tego. W razie potrzeby będziemy mieli gotowe klatki.
– Kto kiedy będzie ich potrzebował, wujku?
– Cyrk oczywiście, mój chłopcze. Przecież cyrk co roku przyjeżdża do miasta. No więc kiedy przyjedzie, będziemy mieli dobre, solidne klatki, takie, jakie potrzebne są dla zwierząt.
– Być może – mruknął Jupiter wzruszając ramionami.
– Być może!? – wykrzyknął wujek Tytus. – Nie zapominaj, że na podróżach z cyrkiem spędziłem moje młode lata. Nie uważasz, że powinienem wiedzieć, czego potrzebują?
– Tak, wujku – uśmiechnął się Jupiter. Zapomniał, jak dumny był jego wuj ze swej cyrkowej przeszłości.
– No to do roboty! – zawołał Tytus. – Hans! Konrad! Rozładujcie to. Klatki złóżcie oddzielnie, żeby niedługo można się było do nich zabrać.
Brat Konrada, Hans, nadszedł z głębi placu i obaj zabrali się do pracy. Wujek Tytus wyciągnął fajkę i zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu zapałek. Zaciągnął się wreszcie i wydmuchując z wolna kłęby dymu, mówił;
