
Młodzieniec nie zareagował na zniewagę. Zdawał się jej w ogóle nie słyszeć. Patrząc z boku, Jupiter zastanawiał się, czy ubliżanie przyjaciołom należy do zwyczajów Pilchera. Potem usłyszał, jak jeden z gości szeptem wyjaśnia drugiemu:
– Ten młody człowiek to Ray Sanchez. Jest osobistym sekretarzem starego.
– Musi być trudno o pracę w dzisiejszych czasach – odpowiedział drugi zgryźliwie.
– Zaprowadzisz mnie na górę! – zakomenderował Pilcher. – Chcę odpocząć. Przejdzie mi za parę minut.
Ray Sanchez rozejrzał się wśród gości. Jego wzrok padł na Pete'a, stojącego przy bufecie w swym przyciasnym uniformie kelnera.
– Możesz nam pomóc? – zwrócił się do niego.
Pete odstawił tacę i podszedł do starego pana. Ujęli go z obu stron, podnieśli z krzesła i wolno poprowadzili do holu, skąd biegły schody na piętro. Marilyn torowała im drogę wśród rozstępujących się gości.
Jeremy Pilcher ciążył im jak wór kartofli, gdy taszczyli go po schodach. Sanchez i Pete dyszeli ciężko, z wysiłkiem, wreszcie dotarli do jego sypialni. Był to frontowy pokój z widokiem na góry.
Ułożyli starego pana na łóżku. Marilyn pobiegła do przyległej łazienki po szklankę wody, ale ojciec odepchnął jej rękę. Woda rozpryskała się po pościeli.
– Nitro! – krzyknął. – Gdzie moja nitrogliceryna?
– Tutaj – Marilyn szarpnęła szufladę nocnego stolika i wyjęła z niej fiolkę.
– No, otwieraj! – gderał Pilcher. – Nie stój jak krowa!
– Tato, któregoś dnia wpadnie mi w rękę strychnina i nie zdążysz nawet się zdziwić – wysypała tabletkę na wyciągniętą dłoń ojca.
– Zabezpieczyłem się na taką możliwość. Wiesz, co jest w moim testamencie. Jeśli stanie mi się coś podejrzanego, zostaniesz goła i bosa!
Włożył pigułkę pod język i opadł na poduszki.
Pete czuł się zażenowany tą przykrą wymianą słów między ojcem a córką. Zaczął się chyłkiem wycofywać z pokoju, ale Marilyn spostrzegła jego manewr i złapała go za rękaw.
