– Zostaniesz tutaj z moim ojcem! – rozkazała. – Ja muszę wrócić do gości. Chodź ze mną, Ray. Musisz mi pomóc.

Pete'a ogarnął strach. Nie chciał zostać sam z chorym, opryskliwym starcem.

– Panno Pilcher, ja nie mogę – zaprotestował – powinienem…

– Powinieneś robić to, co ci się każe – przerwała mu tonem wielce przypominającym ton jej ojca.

– Ale co będzie, jeśli… jeśli on przestanie oddychać? Jeśli jego serce…

– Nie przestanie oddychać – powiedziała niecierpliwie Marilyn. – To nie jest groźny atak serca. To tylko angina pectoris. Serce nie dostaje dosyć tlenu, dlatego ojciec odczuwa teraz bóle, ale nitrogliceryna to uśmierzy. Nic poważnego mu nie jest.

– Chciałbym, żebyś ty to miała – warknął Pilcher. – Nie mówiłabyś tak łatwo, że to nic poważnego.

– Naprawdę, to nic groźnego, tato – odwróciła się i wyszła z pokoju. Ray Sanchez uśmiechnął się do Pete'a, wzruszył ramionami i poszedł za Marilyn.

Jeremy Pilcher leżał nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Pete usiadł w fotelu przy łóżku i patrzył na niego. Twarz starego człowieka była szara, tylko gdzieniegdzie pod skórą rysowały się fioletowe żyłki. Miał wydatny, cienki nos i zapadłe policzki. Pete Spojrzał na jego dłonie. Były to dłonie szkieletu; kości rysowały się wyraźnie pod skórą. Pilcher trzymał je zaciśnięte na piersi, jakby gotów do pogrzebu.

Ta myśl przeraziła Pete'a. Odwrócił szybko wzrok i zaczął się rozglądać po pokoju. Zauważył, że kominek nie był czyszczony od zimy. Za miedzianą obudową paleniska leżała góra szarego popiołu. Obok, w miedzianym koszyczku leżało kilka polan i sterta pożółkłych gazet na podpałkę. Obudowę kominka zdobił model statku i dwie zakurzone świece w porcelanowych lichtarzach.

Pete wziął głęboki oddech. Czuł w powietrzu kurz. Wyobrażał sobie te chmurki pyłów unoszące się ze ścian, draperii i z wyblakłego, poplamionego dywanu. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek tu sprząta?



8 из 96