
Alfred Hitchcock
Rozdział 1. Garncarz pojawia się i… znika
Jupiter Jones usłyszał turkot skręcającej z szosy ciężarówki. Nie mógł się mylić. To ciężarówka garncarza. Jupe grabił właśnie wjazd do składu złomu Jonesa, wysypany białym żwirem. Znieruchomiał i nasłuchiwał.
– Podjeżdża do nas – zakomunikował.
Ciocia Matylda podlewała geranium, którym obsadziła wjazd. Zakręciła zawór węża gumowego, odcinając dopływ wody, i wyjrzała na krótką ulicę biegnącą od szosy.
– Po co, na Boga, miałby tu przyjechać? – zdziwiła się.
Wiekowa ciężarówka garncarza pięła się po lekkim wzniesieniu między szosą nadbrzeżną a składem złomu.
– Nie da rady – powiedziała ciocia Matylda.
Jupiter uśmiechnął się. Człowiek znany w Rocky Beach po prostu jako garncarz dostarczał cioci Matyldzie osobliwych emocji. Każdego sobotniego ranka przyjeżdżał do miasta po całotygodniowe zaopatrzenie. Często zdarzało się, że ciocia Matylda była akurat w centrum handlowym Rocky Beach, gdy na parking wtaczała się jego rozklekotana ciężarówka, kaszląc i plując. Za każdym razem ciocia przepowiadała, że drodze powrotnej ciężarówka już nic podoła, i zawsze się myliła.
Ta sobota nie stanowiła wyjątku. Ciężarówka pokonała niewielką stromiznę ulicy, wypuszczając kłęby pary z chłodnicy. Garncarz zamachał do nich ręką i skręcił w bramę. Jupiter jednym skokiem usunął z jej drogi swą zażywną osobę i ciężarówka przetoczyła się obok niego. Zatrzymała się zaraz za bramą, wydając sapnięcie z wyczerpania.
– Witaj Jupiterze! – wykrzyknął garncarz. – Jak się miewasz, mój chłopcze? Och, pani Jones, jakaż pani promienna w ten czerwcowy poranek!
Wyskoczył chyżo z szoferki, aż zafurkotała jego nieskazitelna, biała szata.
Ciocia Matylda nigdy nie mogła wykrzesać z siebie sympatii do garncarza. Był co prawda jednym z najlepszych rzemieślników na zachodnim wybrzeżu. Ludzie zjeżdżali się z tak daleka, jak San Diego na południu i Santa Barbara na północy, żeby kupić u niego pięknie wykonane garnki, miski i wazony.
