
Spojrzała teraz z dezaprobatą na stopy gościa. Jak zwykle był boso.
– Wbije pan sobie kiedyś gwóźdź w stopę – ostrzegła.
Garncarz roześmiał się.
– Nigdy nie wchodzę na gwoździe, pani Jones. Pani wie o tym. Przydałaby mi się jednak pani pomoc w innym względzie. Oczekuję…
Urwał nagle i utkwił wzrok w budce, która służyła jako biuro.
– Co to jest? – zapytał.
– Jeszcze pan tego nie widział? Wisi tu od miesiąca. – Ciocia Matylda zdjęła ze ściany biura ramę i podała garncarzowi. Pod szkłem umieszczonych było kilka kolorowych zdjęć, najwidoczniej wyciętych z pism ilustrowanych. Na jednym z nich wujek Tytus stał dumnie na tle płotu okalającego skład złomu. Artyści z Rocky Beach pokryli go malowidłami i za Tytusem widać było okręt płynący przez wzburzony, zielony ocean i wynurzającą się z wody ryby.
Poniżej było zdjęcie pana Dinglera, właściciela małego sklepu ze srebrną biżuterią, dalej fotografia jednego z obrazów marynistycznych Hansa Jorgensona i wreszcie garncarz we własnej osobie. Fotograf zrobił doskonałe zbliżenie starego człowieka. Uchwycił go w momencie, gdy ten wychodził ze sklepu spożywczego, z połyskującą w słońcu brodą, dobrze widocznym na tle białej szaty medalionem z dwugłowym orłem i bardzo pospolitą plastykową torbą zakupów w ręce. Podpis pod fotografią stwierdzał, że mieszkańcy Rocky Beach akceptują ekscentryczny strój swego miejscowego artysty.
