
– Poczciwa Dokumentacja! – roześmiał się Pete.
– Powinniśmy się przygotować na spotkanie z Djaro – powiedział Jupiter. – Królewski szambelan dał nam znać, że Djaro zje z nami śniadanie.
– Jak już mowa o śniadaniu, przegryzłbym coś – wyznał Pete. – Ciekaw jestem, gdzie będziemy jedli.
– Poczekamy, zobaczymy – odparł Jupe. – Chodźcie sprawdzić, czy nasz ekwipunek jest w porządku. W końcu jesteśmy tu służbowo.
Chłopcy z Jupe'em na czele wrócili do pokoju. Była to wysoka komnata. Miała ściany wyłożone boazerią o atłasowym połysku. Nad szerokim łożem, w którym wszyscy trzej spali, widniał wyrzeźbiony herb rodziny Djaro.
Ich torby podróżne leżały wciąż nie rozpakowane. Po przyjeździe, poprzedniego wieczoru, otworzyli je tylko po to, żeby wyjąć piżamy i szczotki do zębów.
Podróżowali odrzutowcem, najpierw do Nowego Jorku, a stamtąd do Paryża. Nie zobaczyli jednak żadnego z tych miast, gdyż nie opuszczali nawet lotniska. W Paryżu przesiedli się na helikopter, który dowiózł ich na malutkie lotnisko w Denzo. Stąd zabrano ich do pałacu samochodem. Powitał ich szambelan królewski. Doniósł im, że Djaro odbywa właśnie ważne zebranie i nie będzie mógł widzieć się z nimi aż do następnego rana. Powiódł ich następnie do ich sypialni przez nie kończące się kamienne korytarze. Tu padli na łóżko i zasnęli natychmiast, nie zdążywszy się nawet rozpakować. Zabrali się do tego teraz. Złożyli swoje ubrania w przestronnej, antycznej szafie, w torbach pozostały tylko trzy aparaty fotograficzne.
