
— Zauważyłem też, że żadne jednostki artylerii nie odpowiadają na wezwania ostrzału.
— Już nad tym pracują.
— A obie dywizje flankujące Shelly określa jako „chwiejne”.
— To przecież Armia — zachichotał były marine. — Armię zawsze określa się jako „chwiejną”. To ich fabryczne ustawienie.
Salwa artylerii spadła na chybotliwy most pontonowy i konstrukcja z drewna i aluminium zniknęła.
— Widzisz? — powiedział O’Neal. — Nie jesteśmy im do niczego potrzebni.
— Homer chce przeprowadzić kontratak.
O’Neal odwrócił się, żeby sprawdzić, czy sierżant nie żartuje, ale szeroka, ziemista twarz żołnierza była śmiertelnie poważna.
— Żartujesz?
— Jestem poważny jak atak serca. Myślałem, że właśnie na to pan tak narzeka.
— Jasna cholera — szepnął major. Sięgnął po hełm, założył go, a potem potrząsnął głową, żeby wyściółka dobrze przylgnęła. Żel oblał jego twarz, wypełniając każde zagłębienie, a potem wypłynął z oczu, nozdrzy i ust. Po Tej Chwili, jak to nazywano, długo dochodziło się do siebie, i nigdy nie można było się do niej przyzwyczaić.
— Jasna cholera. Kontratak. Świetnie. Dowodzi Slight, jak przypuszczam? Wspaniale. Czas zagrodzić wyłom trupami naszych pancerniaków.
— Niech pan się uśmiechnie — powiedział sierżant, zakładając własny hełm. — „I znów idziemy na wyłom”.
— Nie „na”, tylko „w”, ty samoański prostaku. Poza tym przecież się uśmiecham — odparował O’Neal i zwrócił w stronę sierżanta wykrzywioną w grymasie maskę zbroi. — Widzisz?
* * *
— Ta jego zbroja jest niesamowita — parsknął śmiechem Cutprice.
— Szkoda, że nie mam tysiąca takich — przyznał Homer. — Ale żeby nikt mnie nie posądził o wygórowane wymagania, powiem, że wystarczyłoby mi tysiąc zwyczajnych zbroi.
Pancerz był darem rzemieślnika Indowy dla ówczesnego kapitana O’Neala.
