
— Zmusił pan starego człowieka do cholernie długiej i ciężkiej wspinaczki.
— Ale za to widok jest wspaniały. Nie uważasz? — Mike uśmiechnął się smutno i splunął do hełmu. Biotyczna wyściółka wchłonęła ślinę i sok z tytoniu, po czym wysłała ją w długą podróż, na końcu której miała zamienić się z powrotem w racje żywnościowe.
Pappas zerknął na pistolet i skrzywił się.
— Musi pan przestać słuchać Dire Straits.
— Dlaczego? Wolisz Jamesa Taylora?
— Mamy problem.
— Zgadza się. — Mike westchnął i przetarł ręką oczy. — Jak zwykle.
— Czternasta dywizja dała nogę. — Starszy sierżant sztabowy batalionu zdjął hełm i osłonił oczy. — Są już w połowie drogi do Buffalo.
— Jeszcze coś? — spytał O’Neal. — Artyleria ładnie strzela. Wcale nie trafiają, ale wygląda to bardzo ładnie.
— Wątpię, żeby długo tam zostali. Cały korpus myśli już tylko o tym, żeby się dyskretnie oddalić.
— Dziesięć Tysięcy zatyka wyrwę?
— Aha.
— No tak.
Zapadła długa cisza. Sierżant podrapał się po głowie; biotyczna wyściółka hełmu wreszcie poradziła sobie z jego wiecznym łupieżem, ale nawyk pozostał.
— No i jak, zrobimy coś w tej sprawie, szefie?
— Niby co? — zapytał dowódca batalionu. — Bohatersko zaszarżujemy na wroga i odepchniemy go? „Ukryjcie dobroć pod maską wściekłości” Przetrącimy wrogowi kręgosłup i zmusimy go do ucieczki? Odbijemy stracone od miesięcy pozycje? Zepchniemy ich aż po Westbury i Clyde, gdzie jest ich miejsce?
— To pan planuje? — spytał Pappas.
— Niczego nie planuję! — odparł krótko Mike. — Ale przypuszczam, że tego oczekuje Jack. Zauważyłem, że się pojawił.
— Po tym się poznaje, że sytuacja jest poważna — zażartował sierżant. — Jeśli pojawia się DOWARKON, musi być naprawdę do dupy.
