
Clarkesville, Georgia, Stany Zjednoczone Ameryki, Sol III 13:50 czasu wschodnioamerykańskiego letniego, sobota, 12 września 2009
Tulo’stenaloor popatrzył chłodno na młodego kessentai.
— Opowiedz mi jeszcze raz o tej potyczce.
— O czym, estanaar? — spytał Cholosta’an. Młody dowódca zwiadowców był wyraźnie zmieszany, rozmawiając o tym starciu z estanaarem tak dużej gromady. Określenie to można było znaleźć w Sieci, ale od niepamiętnych czasów nikt go nie używał. Jego ludzkim odpowiednikiem był „wódz” i „mentor”, a może nawet „król”. Czasy ostatniego estanaara minęły wiele tysięcy lat temu.
— Ogień z nieba — prychnął Tulo’stenaloor. — Mała bitwa…
— Nie było żadnej bitwy, estanaar — przyznał Wszechwładca. — Był tylko ogień z nieba…
— Artyleria — wtrącił Staraquon. Oficer wywiadu Tulo’stenaloora zakołysał z pogardą grzebieniem. — Zacznij wreszcie uczyć się nowych słów.
— Nie jestem pisklakiem — warknął Cholosta’an. — Nie muszę wysłuchiwać takich rzeczy, kenstainie!
Określenie to było straszliwą zniewagą, równoznaczną z nazwaniem kogoś eunuchem. Kenstainowie byli Wszechwładcami, których usunięto na zawsze z Rejestrów Bitwy albo z ich własnego wyboru, albo decyzją posleeńskiej Sieci Danych. Niektórzy uchylili się od udziału w walce, niektórzy jednak mieli po prostu pecha, bo nie udało im się zgromadzić bogactw ani przemocą, ani podstępem.
Kenstainowie byli jednak pod pewnymi względami użyteczni; zapewniali minimum działania „administracji”, z którą nie radziła sobie Sieć. Ale ponieważ Sieć ich nie uznawała, nie mogli brać udziału w legalnym handlu i musieli polegać na dobrej woli i łasce swoich odważniejszych bądź mających więcej szczęścia pobratymców.
Nikt nie lubił kenstainów.
Tulo’stenaloor nachylił się do przodu i nastroszył grzebień.
— Jeszcze raz tak powiesz, a każę cię zabić. Zgodziłeś się słuchać moich rozkazów, jeśli poprowadzę cię do zwycięstwa. Niech więc do ciebie dotrze, że mówiłem poważnie. Zależy mi na twoich informacjach, ale nie aż tak, żeby pozwalać ci obrażać mojego oficera wywiadu. Zrozumiałeś?
