
– Przywiozłam chłopca. Ma spędzić z ojcem święta – wyjaśniła, spoglądając przez ramię RJ. Drugi mężczyzna, wyglądający na trzydzieści kilka lat, zbliżał się do nich szybkim krokiem.
Jill przyjrzała mu się uważnie. Ciemny blondyn. Około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. Jego kurtka opinała szeroki tors i umięśnione ramiona. Niewątpliwie był bardzo silny. Uwagę Jill przykuły jednak jego oczy – duże, błękitne. Wydawało się, że odbija się w nich tafla wody.
Kiedyś Jill opowiadała swojej klasie historię Paula Bunyana, jednego z bohaterów ludowych. Ta opowieść niezwykle podziałała na wyobraźnię dzieci, a Kip był najbardziej nią przejęty. Stwierdził wówczas, że jego ojciec – również drwal – wygląda zupełnie tak jak Paul Bunyan. Rzeczywiście, pomyślała teraz Jill. Jedyna różnica miedzy nimi polegała na tym, że ojciec Kipa nie miał czarnych włosów.
On tymczasem omiótł wzrokiem jej twarz i sylwetkę ukrytą pod ciepłą kurtką, sprawiając, że doznała dziwnego uczucia zakłopotania. Wtedy spojrzał na chłopca, po czym skinął głową w kierunku R.J. i podszedł do pilota.
Jill zdziwiła się. Nie było czułego powitania. Chłopiec nie wybiegł ojcu naprzeciw, a ten nie wziął syna w ramiona, tak jak się spodziewała. Obydwaj zachowali się, jak gdyby byli obcymi sobie ludźmi.
Nie wiedziała, co o tym myśleć. Czy chłopiec nie widział ojca aż tak długo, aby zapomnieć, jakiego koloru są jego włosy? Zane Doyle również powinien rozpoznać syna, nawet jeśli ten na głowie miał czapkę, a jego twarz była osłonięta szalikiem.
Drżąc z zimna, objęła chłopca i delikatnie obróciła go w swoim kierunku.
– Musisz mi coś powiedzieć, kochanie. To bardzo ważne – zaczęła. – Czy ty w ogóle znasz tatusia? Spotkałeś się z nim wcześniej?
Kip nie musiał nic mówić. Spojrzał na nią ze smutkiem i pokręcił głową, po czym odwrócił się wolno i odszedł na bok.
