
— Therru oznacza spalanie, żar ognia — wyjaśniła.
— Ach, tak — powiedział, oczy mu zabłysły i zmarszczył brwi. Zdawało się, że przez chwile szukał właściwych słów.
— Oni… — zaczaj. — Oni… będą się jej lękać.
— Już teraz się jej boją — odrzekła gorzko. Mag pokiwał głową.
— Naucz ją, Tenar — wyszeptał. — Naucz ją wszystkiego! Nie na Roke. Oni się boją. Dlaczego pozwoliłem ci odejść? Dlaczego odeszłaś? Żeby ją tu sprowadzić? Zbyt późno.
— Cicho już, cicho — powiedziała czule, kiedy starzec znowu zaczął ciężko oddychać. Potrząsnął głową, resztką sił krzyknął: „Naucz ją! „i zamilkł.
Nie chciał jeść, wypił tylko trochę wody. Zasnął w południe. Obudziwszy się kilka godzin później, powiedział: „No, córko” i uniósł się na posłaniu. Tenar uśmiechając się wzięła go za rękę.
— Pomóż mi wstać — poprosił.
— Nie, nie możesz.
— Chce — powiedział. — Przed dom. Nie mogę umrzeć pod dachem.
— Dokąd chciałbyś iść?
— Dokądkolwiek. Ale gdybym mógł, to na leśną ścieżkę. Ten buk ponad łąką.
Tenar pomogła wstać starcowi, podeszli do drzwi. Ogion odwrócił się i rozejrzał po jedynej izbie swego domu. W ciemnym kącie, na prawo od drzwi, jego długa laska stała oparta o ścianę. Tenar sięgnęła po nią, aby podać Ogionowi, ale on potrząsnął głową.
— Nie — powiedział. — Nie te.
Znowu rozejrzał się dokoła, jak gdyby czegoś szukał.
— Chodź — odezwał się wreszcie.
Na zewnątrz uderzył w nich ostry, zachodni wiatr. Ogion spojrzał na horyzont i rzekł:
— Tak jest dobrze.
— Pozwól mi poprosić kilku ludzi z miasteczka, aby zrobili nosze i zanieśli cię — prosiła Tenar. — Wszyscy czekają, żeby coś dla ciebie zrobić.
— Chce pójść sam — odparł starzec.
Therru okrążyła dom i przyglądała się, jak Ogion i Tenar idą powoli, zatrzymując się co kilka kroków. Szli przez gąszcz łąki, ku lasom wznoszącym się stromo na stoku góry. Twarz Ogiona była szara, a nogi mu drżały, kiedy w końcu znaleźli się u stóp wielkiego buka, na samym skraju lasu, kilka jardów powyżej górskiej ścieżki. Starzec oparł się o pień drzewa. Przez długi czas nie mógł się poruszyć ani mówić, a serce łomotało mu w piersi jak oszalałe. W końcu kiwnął głową i szepnął:
