
Ogion nie nazwał jej ani sługą, ani żoną, ani wdową. I nie zrobił tego Ged, kiedyś, w mroku Grobowców. Ani — jeszcze dawniej — matka. Matka, która była jedynie wspomnieniem ciepła ognia płonącego w kominie. Matka, która nadała jej imię.
— Jestem Tenar — szepnęła. Płomień, obejmujący suchą gałązkę sosny, wystrzelił w górę jaskrawożółtym językiem ognia.
Ogion oddychał z trudem, spał niespokojnie. Tenar też w końcu zasnęła, ale przebudziła się, kiedy usłyszała głos starca.
— A zatem jesteś tutaj? Widziałeś go?
Kiedy Tenar wstała, żeby podsycić ogień, Ogion znowu zaczął mówić. Sprawiało to wrażenie, jakby spotkał przyjaciela z lat dziecinnych — mówił głosem chłopca.
— Próbowałem jej pomóc, ale runął dach. Spadł na nich. To było straszne trzęsienie ziemi.
Tenar słuchała — ona również widziała trzęsienie ziemi.
— Próbowałem pomóc! — krzyknął chłopiec głosem cierpiącego starca.
Ogion westchnął głęboko i uspokoił się.
O świcie Tenar usłyszała narastający szum. Był to łopot skrzydeł. Olbrzymie stada ptaków przelatywały nad domem. Przez jakiś czas krążyły nad nim, a potem odleciały. Tego ranka nadeszli ludzie z Re Albi. Dziewczyna od kóz, kobieta po mleko i inni — przyszli, żeby zapytać, czy mogą w czymś pomóc. Moss, wiejska czarownica, dotknęła palcami olchowego kija i leszczynowej witki, stojących przed wejściem i zajrzała do środka przez lekko uchylone drzwi. Ogion krzyknął ze swojego siennika:
— Odpraw ich! Odpraw ich wszystkich!
Sprawiał wrażenie silniejszego niż poprzedniego dnia. Kiedy obudziła się mała Therru, powiedział coś do niej głosem oschłym, ale zarazem łagodnym. Dziecko wyszło, żeby pobawić się w słońcu, a starzec zwrócił się wtedy do Tenar:
— Co oznacza imię, którym ją nazywasz? Znał Prawdziwą Mowę Tworzenia, ale nigdy nie nauczył się języka kargijskiego.
