Hawks z kamiennym wyrazem twarzy spojrzał na kupkę popiołu, a potem na Conningtona. Sięgnął do szuflady i wyjął z niej kopertę, którą włożył do kieszeni marynarki.

— Myślę, że samochód czeka — powiedział, zatrzaskując szufladę.


* * *

Jechali nowym cadillakiem Conningtona nadbrzeżną autostradą aż do miejsca, gdzie oddalała się od urwistego brzegu w głąb lądu. Przy małej stacji benzynowej Connington skręcił w wąską polną drogę, wijącą się między kępami karłowatych palm i sosnowymi zagajnikami. Stąd samochód zjechał na żwirową alejkę biegnącą nad urwiskiem, tuż ponad poziomem wody w czasie przypływu.

Stromy brzeg składał się z szorstkiej, kruchej skały, która pękała pionowo, gromadząc w dole ten sam żwir, który stanowił nawierzchnię alejki. Posuwali się wolno, z jednym błotnikiem wystającym za skraj drogi i drugim prawie ocierającym się o skały. Jechali w ten sposób przez kilka minut, Connington nucił coś pod nosem, Hawks siedział wyprostowany z rękami na kolanach.

Alejka przeszła w pochyłość wyżłobioną wybuchem w pełnym niebezpiecznych nawisów urwisku i prowadziła przez wąski, drewniany mostek nad szerszą od innych szczeliną. Ocean sięgał bezpośrednio do niej i nawet teraz, w porze odpływu, fale wpadały w szczeliny rozbryzgując się wysoko. Woda zalała przednią szybę.

Droga prowadziła dalej, ale Connington zatrzymał wóz, skręcając koła w stronę umocowanej na słupie metalowej skrzynki na listy. Stała ona u wylotu jeszcze węższej dróżki, która wspinała się stromo po ścianie urwiska i znikała za ostrym występem skały.

— To on — burknął Connington, wskazując cygarem w stronę skrzynki pocztowej. — Barker. Al Barker — powiedział, zerkając w bok. — Słyszał pan kiedyś to nazwisko?

— Nie — przyznał Hawks, zmarszczywszy czoło.



10 из 153