
Connington opuścił rękę na wpół uniesioną w geście powitania.
— To Claire Pack — powiedział do Hawksa kierując auto ku bocznej ścianie i zatrzymując się na betonowym placyku przed drzwiami podziemnego garażu.
— Mieszka tutaj? — spytał Hawks.
Z oblicza Conningtona zniknął wszelki ślad zadowolenia.
— Tak. Chodźmy.
Ścieżką z płaskich kamieni doszli do trawnika i przez trawnik do basenu. W błękitnozielonej wodzie pływał mężczyzna, który z rzadka wychylał głowę, żeby wziąć szybki oddech i natychmiast znów się zanurzał. Pod rozfalowaną, cętkowaną rozbłyskami słońca powierzchnią był nieco tylko przypominającym człowieka, przemykającym z jednego końca basenu na drugi, stworem. Między Claire Pack a brzegiem, obok chromowanej drabinki, leżała zawinięta w przezroczysty plastyk proteza nogi. Z radia rozlegała się muzyka Glenna Millera.
— Claire? — odezwał się Connington.
Nie zareagowała na odgłos zbliżających się kroków. Nuciła melodię i wybijała rytm na ręczniku polakierowanymi końcami dwóch długich palców. Przekręciła się powoli na plecy i spojrzała z dołu na Conningtona.
— O — powiedziała bez wyrazu. Jej spojrzenie przeniosło się na twarz Hawksa. Oczy miała jasnozielone z żółtobrązowymi plamkami, źrenice zwężone od słońca.
— Claire, to jest doktor Hawks — powiedział Connington cierpliwie. — Jest wiceprezesem do spraw naukowych w głównych zakładach. Telefonowałem i zapowiedziałem nas. Po co te sztuczki? Chcemy porozmawiać z Alem.
Zrobiła gest ręką.
— Siadajcie. Zaraz wyjdzie z wody.
Connington niezgrabnie opuścił się na trawę. Hawks po chwili precyzyjnie usiadł po turecku na skraju ręcznika. Claire też usiadła, podciągnęła kolana pod brodę i przyjrzała się Hawksowi.
— Jaką pracę chce pan zaproponować Alowi? — spytała.
— Taką, jaką lubi — wtrącił Connington. Kiedy Claire się uśmiechnęła, spojrzał na Hawksa i powiedział:
