
— Takie jest życie — mówił Connington ze złośliwą satysfakcją do Claire Pack, nie zauważając wzroku Barkera. — Piękne i naukowe. Wszystko się równoważy. Nic się nie marnuje. Nikt nie wygrywa z doktorem Hawksem.
— Poznaliśmy się z panem Conningtonem dziś po południu — powiedział Hawks.
Claire Pack roześmiała się z metalicznym podźwiękiem.
— Czy jest pan człowiekiem, któremu można zaproponować drinka?
— Myślę, że to też nie pomoże — warknął Connington.
_ Zamknij się — powiedziała Claire. — Więc jak? — Uniosła nieco termos, który sprawiał wrażenie prawie pustego. — Szkocka z wodą?
— Dziękuję, chętnie. Czy pan Barker wolałby, żebym się odwrócił, kiedy będzie wychodził z basenu i zakładał protezę?
— Niech pan na nią uważa — powiedział Connington. — Kiedy już zrobi pierwsze wrażenie, potem się tak nie narzuca.
Claire roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu.
— Jak będzie chciał wyjść, to wyjdzie. Może nawet chciałby, żebym sprzedawała bilety na to przedstawienie. Niech się pan o niego nie martwi, Ed. — Odkręciła przykrywkę termosu, wyjęła korek i nalała whisky do plastykowej nakrętki. — Nie mam tu drugiej szklanki ani lodu, Ed, ale jest jeszcze zimna. Może być?
— Ależ tak, Claire. — Hawks wziął kubeczek i pociągnął mały łyk. — Bardzo dobra. — Trzymając naczynie czekał, aż Claire naleje sobie.
— A ja? — odezwał się Connington.
Patrzył, jak falują włosy na karku Claire, jego oczy były ukryte w cieniu.
— Przynieś sobie szklankę z domu — powiedziała i pochyliwszy się trąciła swoją szklanką kubek Hawksa. — Za dobrze zrównoważone życie.
Hawks lekko się uśmiechnął i wypił. Claire położyła mu rękę na kostce.
— Czy mieszka pan gdzieś w pobliżu, Ed?
— Ona będzie się z panem drażnić, zaczepiać pana, a potem pana przeżuje i wypluje. Wystarczy dać jej najmniejszą szansę. To największa diablica obu Ameryk. Ale, oczywiście, Barker musi mieć kogoś takiego koło siebie.
