
— Na świecie są różni ludzie — dodał. — Może znajdziemy człowieka, który nie boi się śmierci, człowieka, który myśli o niej z sympatią.
— Jakiegoś wariata — powiedział Latourette z goryczą.
— Może i wariata. Ale myślę, że taki jest nam potrzebny. — W laboratorium zapadł mrok. — Rzecz w tym, że potrzebujemy człowieka, którego pociąga to, co innych doprowadza do szaleństwa. Im bardziej, tym lepiej. Człowieka, którego podnieca śmierć. — Hawks zapatrzył się przed siebie niewidzącym spojrzeniem. — Teraz wiadomo, kim ja jestem. Jestem alfonsem śmierci.
2.
Vincent Connington był dyrektorem personalnym Continental Electronics. Energicznie wkroczył do gabinetu Hawksa i z entuzjazmem potrząsnął jego dłonią. Miał na sobie jasnogranatowy garnitur z szantungu i czerwone, kowbojskie buty. Usiadł w gościnnym fotelu mrużąc oczy od popołudniowego słońca, przenikającego przez żaluzje i rozejrzał się po pokoju.
— Mam taki sam gabinet piętro wyżej — powiedział. — Ale z dywanem i paroma dobrymi obrazami na ścianach wygląda to całkiem inaczej. Z przyjemnością przychodzę tu do pana, doktorze — zwrócił się z uśmiechem do Hawksa. _ Zawsze byłem pełen podziwu dla pana. Jest pan kierownikiem działu i nadal pracuje pan na dole ze swoimi ludźmi. Ja cały dzień siedzę za biurkiem i tylko pilnuję, żeby moi czegoś nie sknocili.
— Wychodzi to panu całkiem dobrze — powiedział Hawks bez wyrazu. Podświadomie podciągnął się w fotelu i ułożył twarz w pozbawioną emocji maskę. Zerknął raz na buty Conningtona i zaraz odwrócił wzrok. — W każdym razie pański dział przysyła mi znakomitych techników.
Connington uśmiechnął się.
