
— Czy chcesz przerwać badania? — spytał Latourette, chwytając go za rękaw kitla.
Hawks patrzył na niego bez słowa.
Latourette nie zwalniał uchwytu.
— Cobey. Czy to on każe ci przerwać prace?
— Cobey może tylko wyrażać życzenie, ale nie ma prawa wydawać mi rozkazów.
— Jest prezesem spółki i może cię zgnoić! Jest gotów na wszystko, żeby wyplątać Continental z tej sprawy.
Hawks zdjął dłoń Latourette’a ze swojego ramienia i przeniósł ją na obudowę przekaźnika. Sam wsunął dłonie do tylnych kieszeni spodni, odsuwając poły kitla.
— Marynarka początkowo wyłożyła pieniądze na budowę przekaźnika tylko dlatego, że to był mój pomysł. Dla nikogo innego na świecie nie ryzykowaliby taką sumą. Nie na taki szalony pomysł. — Zapatrzył się na maszynę. — Nawet teraz, kiedy się okazało, że to, co znaleźliśmy, jest takie, a nie inne, nawet teraz nie pozwolą Cobeyowi wycofać się z własnej inicjatywy. Dopóki uważają, że mogę jeszcze coś zrobić. Dlatego nie muszę się przejmować Cobeyem. — Uśmiechnął się lekko i trochę z niedowierzaniem. — To Cobey musi się mną przejmować.
— W takim razie co z tobą? Jak długo możesz to pociągnąć?
Hawks cofnął się o krok i przyjrzał się swojemu zastępcy z namysłem.
— Chodzi ci o projekty czy o mnie?
— No dobrze, Ed, przepraszam. Ale powiedz, co masz zamiar zrobić?
Hawks zmierzył spojrzeniem ogrom przekaźnika. Za ich plecami technicy gasili światła w różnych sekcjach urządzeń kontrolnych. Ciemność zapadała prostokątami na galerii wskaźników, zbliżając się do pojedynczej, zielonej lampki, palącej się nad słowem „wyłączone” w czerwono-zielonym napisie „włączone — wyłączone”.
— Nie mamy wpływu na charakter tego miejsca, do którego ich wysyłamy — powiedział Hawks. — I nie możemy już ulepszyć sposobu, w jaki ich wysyłamy. Jedyne, co jeszcze możemy zrobić, to wysłać innego człowieka. Człowieka, który nie zwariuje, kiedy poczuje, że umiera. — Zajrzał pytająco do wnętrza maszyny.
