
– Było zostać pielęgniarką, kretynie!
Marquezowi łzy nie pozwalały dobrze złapać ostrości, dlatego nigdy nie płakał, kiedy spod gruzów wyciągano dzieci ze zmiażdżonymi głowami, chociaż potem przez długie godziny siedział w kącie, nie otwierając ust. Paco Custodio owszem, popłakał się pewnego razu w kostnicy w Sarajewie, któregoś z tych dni, kiedy zdarzało się po dwudziestu, trzydziestu zabitych i przeszło pół setki rannych; nagle odłożył kamerę i zaczął płakać, choć przez ponad miesiąc znosił to bez mrugnięcia okiem. Potem wrócił do Madrytu, a na jego miejsce przyjechał inny kamerzysta, który po pierwszym dziecku zmasakrowanym przez moździerz upił się i stwierdził, że jest mu wszystko jedno. No i Miguel de la Fuente tak samo trzymał swój betacam na ramieniu, kiedy spadł na niego żwir i odłamek podczas shoppingu w Dobrinji, to jest w takiej dzielnicy Sarajewa, gdzie strzelano do ciebie bez przerwy i ze wszystkich stron i gdzie ściany budynków w najlepszym stanie mierzyły najwyżej półtora metra. Miguel był twardym facetem, tak samo jak Custodio i tak samo jak twardzi byli Josemi Diaz Gil w Kuwejcie, Salwadorze i Bukareszcie albo Del Viso w Bejrucie, Kabulu, Chorramszahr i Managui. Wszyscy to byli twardzi faceci, ale Marquez był z nich najtwardszy. Barles tak myślał, patrząc, jak do niego podchodzi, kulejąc. Marquez kulał od piętnastu lat, od czasu, kiedy idąc z Miguelem de la Cuadra pewnej bezksiężycowej nocy spadł w przepaść razem z dwoma Erytrejczykami, niedaleko Asmary. Obydwaj partyzanci zginęli, a on przez pół roku leżał sparaliżowany w szpitalu, z kręgosłupem przerobionym na grzechotkę, nie ruszając nogami i robiąc pod siebie w spodnie piżamy. Wyszedł z tego – choć nikt już nie dawał za niego złamanego grosza – tylko dzięki sile woli i energii życiowej. Teraz, zawsze kiedy się pojawiał w redakcji, ludzie odsuwali się i patrzyli na niego w milczeniu. Marquez nie tylko jeździł na wojnę. Jego zdjęcia to była wojna.
