Przez wiele lat jeździli razem na różne wojny i Barles doskonale wiedział, o czym myśli kamerzysta. Bardzo trudno jest sfilmować wybuch bomby, bo nigdy dokładnie nie wiadomo, gdzie ona spadnie. Na wojnach bomby spadają jak chcą, a prawa prawdopodobieństwa sumują się z prawami balistyki. Nie ma rzeczy bardziej kapryśnej niż pocisk przypadkowo wystrzelony z moździerza, i można całe życie filmować rozmaite bombardowania i nie zrobić ani jednego porządnego ujęcia wybuchu. Tak samo z żołnierzami podczas walki – nigdy nie wiesz, którego trafią, i jeśli sfilmujesz taki moment, zawsze jest to czysty przypadek, tak jak udało się to Enrique del Viso w Bejrucie w osiemdziesiątym dziewiątym. Filmował grupę szyitów, niespodziewanie ostrzelanych ogniem z broni automatycznej, no i – bingo! Później na stop-klatkach można było zobaczyć pomarańczowe punkty, partyzanta z Amalu

Pocisk moździerzowy upadł daleko, na granicy lasu, a Barles uśmiechnął się w duchu, wyobrażając sobie przerażenie chorwackich saperów. Marquez nie poruszył się podczas wybuchu, drgnął jedynie na obiektywie pierścień ostrości, gubiącej się teraz w przestrzeni. Podniósł się powoli i podszedł do miejsca, gdzie nadal leżał

Barles. Kiedyś w Sarajewie, gdy Miguel de la Fuente robił to samo, co teraz Marquez, to znaczy polował na wybuch, spadł na niego odłamek pocisku z serbskiego moździerza. Odłamek i żwir, i asfalt z połowy ulicy. Uratowała go kuloodporna kamizelka i hełm, a kiedy schylił się, żeby podnieść kawałek odłamka na pamiątkę tego, że był tak blisko wybuchu, metal oparzył mu rękę. W najgorszych czasach w Sarajewie to się nazywało shop-ping. Zakładali hełmy i kamizelki, przywierali do muru na ulicy starego miasta i słuchali, skąd nadlatują kule i pociski. Kiedy coś spadało blisko, biegli i filmowali dym, płomienie, gruzy. Ochotników wydobywających ofiary. Marquez nie lubił, jak Barles pomagał ekipom ratunkowym, bo właził w kadr i psuł całe ujęcie.



5 из 78