
Tymczasem Dolg i jego dwoje przyjaciół kontynuowali swoją krucjatę. Lecieli wolno ponad majestatyczną Alaską z jej wielkimi górami i rozległymi lasami. Wszyscy dawniejsi mieszkańcy tych terenów wyemigrowali. Rejony na wschodzie, wokół Nome, Dolg potraktował szczególnie obfitym prysznicem, żeby mieszkający tam ludzie mogli jeszcze przez jakiś czas wytrwać. Następnie przecięli Cieśninę Beringa i ruszyli w stronę Syberii. Pod ich opieką znalazł się też półwysep Kamczatka, chociaż położony jest na południe od sześćdziesiątego równoleżnika. Wydawało się jednak rzeczą naturalną, że to oni się nim zajmą.
Tutaj inwazja lodu nie rzucała się tak bardzo w oczy. W dodatku Dolg przeżył miłe zaskoczenie.
– Gorące źródła? – wykrzyknął zdumiony. – Nie wiedziałem, że tu znajdują się takie zjawiska!
– Jak na twojej ukochanej Islandii – uśmiechnął się Goram. – Zatęskniłeś za nią teraz?
– Bardzo często za nią tęsknię – odpowiedział Dolg poważnie. – A teraz bardziej niż kiedykolwiek. Czy moglibyśmy wylądować?
– Naturalnie! I tak zrobiliśmy dzisiaj kawał drogi.
Był wczesny wieczór, ale chyba nie musieli się obawiać, że ktoś ich zaskoczy.
– Mieszkają tu jacyś ludzie? – zapytała Lilja.
– Oczywiście! Różne plemiona ludów Kamczatki, przede wszystkim Koriacy, ale najwięcej jest chyba Rosjan – wyjaśnił Goram, zdając sobie sprawę z tego, że w jego głosie jest ta niezwykła miękkość, która pojawia się zawsze, kiedy on zwraca się do Lilji.
– W takim razie również powinni otrzymać swoją porcję. I chyba możemy im podarować trochę bujniejszej wegetacji?
– Bardzo chętnie – roześmiał się Dolg. – To wszystko są wymierające plemiona. Potrzebują prawdziwego wsparcia, by przetrwać.
Wylądowali i potem długo grzali się przy gorącym źródle w osłoniętej kotlince.
Lilja siedziała trochę na uboczu i przyglądała się obu mężczyznom. Odczuwała wielkie, obezwładniające szczęście, że może to wszystko przeżywać, a w dodatku razem z nimi.
