
– To przypomina stan w Królestwie Światła po wybuchu źródła zła w Górach Czarnych, kiedy został uszkodzony mur i mnóstwo śmieci spadło na ziemię.
– Tak jest – przyznał Dolg z ulgą, że te słowa nareszcie padły. – Czyż nie mówiono nam, że widziano, jak słup czarnego błota wzniósł się w powietrze z Morza Karskiego? Tam gdzie niegdyś znajdować się miała Góra Czterech Wiatrów?
– Owszem, mówiono – przytaknął Goram ponurym głosem.
– Okay! – zawołała Lilja. – Okay, powiedzmy, że to prawda. Ale dlaczego w takim razie wszyscy tubylcy są tacy przerażeni? Oczywiście, wybuch musiał być czymś okropnym, to całe świństwo, które potem spadło na ziemię, także, ale przecież to wszystko wydarzyło się bardzo dawno temu!
– Chyba nie bardzo – powiedział Dolg. – Uważam, że gdy tylko zobaczymy jakąś osadę, natychmiast powinniśmy wylądować. Zresztą trzeba też znaleźć miejsce na nocleg.
Daleko przed nimi majaczyła mała wioska. Kiedy znaleźli się bliżej, stwierdzili, że składa się ona z wielkich, paskudnych, czworokątnych budynków i jakiś fabryk bardzo źle pasujących do krajobrazu tundry, tak przecież pięknego w swojej dzikiej surowości. Teraz jednak każdy kawałek tundry pokrywał ten czarny nawóz, wrażenie było przygnębiające.
Wylądowali.
Wieś okazała się pusta, wszyscy mieszkańcy najwyraźniej wyemigrowali. Po szyldach i innych znakach mogli się przekonać, że przedtem była ona zamieszkana wyłącznie przez ludność rosyjską; prawdopodobnie mieszkańcy pracowali w tej jakiejś fabryce, której wędrowcy nie mieli zamiaru dokładnie zwiedzać.
– Czy oni odeszli stąd niedawno? – zastanawiała się Lilja. – Po wybuchu?
– Nie, nie wygląda mi na to – zaprotestował Dolg – Wydaje mi się, że już dawniej porzucili to przedsiębiorstwo jako nieopłacalne.
Wiatr gwizdał między opuszczonymi domami; Lilji zmarzły uszy, włożyła na głowę kaptur podszyty futrem. Na terenach subarktycznych panowało dojmujące zimno.
