
Goram chwycił ją za ramię, a drugą ręką pokazał w dół:
– Patrz!
Odwróciła głowę ku dolinie.
Kiedy promienie słońca ogrzały skałę, z głębi otchłani, z szumem ciężkich skrzydeł, zaczęły się powoli wyłaniać potężne ptaki. Słyszała, że Móri wstrzymuje dech, ona odczuwała ten sam głęboki podziw i coś w rodzaju lęku.
Kondory w milczeniu, zataczając powoli kręgi, unosiły się coraz wyżej. Na szeroko rozpostartych, trzymetrowych skrzydłach, czarne, żeglowały majestatycznie wolno ku porannej czerwieni na wschodniej stronie nieba.
Berengaria mimo woli przywarła do skały, gdy nieduża gromadka ptaków przeleciała z szumem w pobliżu, jakieś pięć, może sześć metrów od nich. W milczeniu, kondory bowiem nie posiadają organów głosowych. Po chwili zniknęły w oddali.
Z dołu jednak nadlatywały wciąż nowe. Trzy istoty na skalnej półce zapomniały o całym świecie, o upływie czasu, gdy, wciąż wstrzymując dech, z przejęciem obserwowały rozgrywające się misterium.
– Lilja powinna to zobaczyć – mruknął Goram z odcieniem bólu w głosie.
Móri popatrzył na niego.
– To by się chyba dało załatwić – powiedział spokojnie.
– Nie – zaprzeczył Goram. – Nie, to niemożliwe.
Móri powstrzymał się, żeby nie powtarzać już swego: „Sprawiasz ból i jej, i sobie tym swoim uporem”.
Rzeczowy Móri nie potrafił zrozumieć, jak można się tak zachowywać. Podobnie jak inni nie pojmował, dlaczego to jest takie ważne, żeby służyć Świętemu Słońcu akurat tak, jak Goram i inni elitarni Strażnicy. Czy naprawdę dla tej służby muszą rezygnować ze wszystkiego? Mnisi, zakonnice, zakony rycerskie, to już sprawy przebrzmiałe, staroświeckie. Życie jest darem. Czy nie powinno się go wykorzystywać najlepiej jak to możliwe?
Dla Gorama jednak widocznie ta służba jest najlepszym, co może ze swoim życiem uczynić.
Głupstwa!
W bardzo uroczystym nastroju wracali do gondoli, gdy nagle Móri powiedział:
