– Ty już tutaj byłeś – skonstatował Móri.

– Odwiedziłem chyba większość ziemskich krajów – przyznał Goram. – To należy do naszego wykształcenia.

– Ale przecież jesteś Lemuryjczykiem! Jak sobie z tym radziłeś?

– Trzeba się nauczyć unikać ludzi.

Goram zboczył z drogi i podszedł do samego skraju wzniesienia.

– A teraz ostrożnie, żeby się któreś nie potknęło w mroku – ostrzegł.

Berengaria instynktownie cofnęła się o krok. Stała oto na krawędzi i patrzyła w otchłań tak głęboką, że zakręciło jej się w głowie; nigdy w życiu nie przyszłoby jej na myśl, że coś takiego może w ogóle istnieć.

– Miałeś rację, Goram – uśmiechnął się Móri. – Dla tego widoku warto było zboczyć z drogi.

– Jeszcze nie zobaczyliście nawet połowy – rzekł Goram stłumionym głosem. – Chodźcie teraz za mną, tylko najpierw dobrze się rozejrzyjcie.

Powoli zaczął schodzić w dół i zatrzymał się na dość szerokiej półce nad rozległym skalnym nawisem.

– Usiądźmy tu i poczekajmy – powiedział. – Teraz to już niedługo.

Zrobili, jak kazał.

Wszyscy troje oparli się plecami o chłodną skałę.

– Ta niewiarygodna rozpadlina powinna chyba być powszechnie znana – zastanawiał się Móri.

– To największa głębia na Ziemi – wyjaśnił Goram. – To znaczy największa głębia lądowa. Ale nie jest zbyt dobrze znana, znajduje się za bardzo na uboczu, jeśli można tak powiedzieć. Ludzie znają ją jako miejsce, w którym nocują kondory. One sypiają tam, na dnie. Mówi się o tej rozpadlinie „wąwóz kondorów”

– Oj! – zdziwiła się Berengaria i zaczęła nucić stary szlagier „El condor pasa”. Co prawda to nie dokładnie to samo, ale słowa brzmiały podobnie. Obaj mężczyźni przysłuchiwali się z uśmiechem.

Robiło się coraz widniej i nagle promienie słońca padły na skały nad głębiną, oświetlając je złocistoczerwonawym blaskiem.

– Fantastyczne! – wykrztusiła Berengaria.



3 из 163