
Śnieg od dawna nie stanowił już dla Lilji tak wielkiej sensacji jak w pierwszych dniach na Ziemi. Znajdowali się przecież przez cały czas na północ od sześćdziesiątego równoleżnika i cokolwiek by mówić o oznakach wiosny, to przychodziła tu ona późno. Las, w którym się znajdowali, początkowo wolny był od śniegu, przynajmniej korony drzew, na ziemi zaś leżało to obrzydliwe czarne paskudztwo. W żlebach i miejscach zacienionych nadal zalegała skorupa niebieskawego, lśniącego lodu.
Teraz jednak pojawił się śnieg. I padał okropnie gęsty.
Nagle wszyscy troje zatrzymali się. Popatrzyli po sobie.
– Co to? – wyszeptała Lilja, szukając ręki Gorama. On natychmiast ujął jej dłoń, chciał ją uspokoić, chociaż sam był przerażony.
8
Usłyszeli jakiś dźwięk. Szeleszczący, syczący, coś jak ostrzeżenie. Lilja miała nawet wrażenie, że słyszy też groźne słowa, ale to pewnie tylko pobudzona wyobraźnia podsuwała jej takie przekonanie.
Stali wysoko w lesie, śnieżna zadymka wciskała się między drzewa niczym lepka wata. Nieco w bok od nich wzdłuż górskiej ściany rozciągało się osypisko wielkich kamieni, które musiały stoczyć się z gór. Ogromne głazy leżały jeden na drugim. To właśnie stamtąd przyszło owo przerażające ostrzeżenie.
– Nigdzie tutaj nie ma wody – stwierdziła Lilja.
– Nie – powiedzieli równocześnie obaj mężczyźni tak samo cicho.
Znowu rozległ się szelest, niczym stąpanie wielu lekkich stóp.
– Wziąłeś aparat fotograficzny, Goram? – zapytał Dolg.
– Tak, ten do robienia zdjęć w ciemnościach.
– Znakomicie!
Goram był najodważniejszy, zaczął się wspinać po kamieniach.
– Bądź ostrożny – błagali Dolg z Lilja.
Goram zapalił reflektor i wypatrywał między kamieniami. Lilja stała jak na szpilkach. Wbijała palce w ramię Dolga tak mocno, że na pewno będzie miał siniaki.
