Potem znowu przed oczami Gorama długo rozciągał się wymarły, otwarty krajobraz, nie zakłócony niczym aż do wybrzeży Oceanu Lodowatego.

Zobaczył ich z bardzo daleka, znajdowali się spory kawałek od Aklavik, bo, rzecz jasna, nie chcieli, by ktoś odkrył ich obecność. Najpierw dostrzegł ich gondolę i świecące się latarki, które wskazywały mu drogę. Tu, daleko na północy, panowała dość jasna, wiosenna noc, widział więc wyraźnie dwie sylwetki, nawet kiedy mrugnąwszy im na powitanie, zgasił własne światła.

Oto ona! Serce Gorama przepełniło trudne do opanowania uczucie, które go o mało nie zadławiło. W ogarniającym go wielkim szczęściu na widok jej drobnej postaci było bowiem tyle smutku…

Blond loki wysunęły się spod obszytego futerkiem kaptura. Jak wszyscy, Lilja używała syntetycznego futra, nigdy naturalnego.

Goram uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienie Indry, która pojechała na Ziemię we wspaniałym futrze do złudzenia przypominającym skórę żbika. Na plecach przypięła duży napis: „Gwarantowane sztuczne futro”. To był jej wkład w ochronę zwierząt, nie mogła się jednak całkiem wyzbyć próżności.

Zszedł nad samą ziemię, wykonał elegancki łuk i wylądował tuż obok ich większej gondoli.

Lilja… serce tłukło się mocno w piersiach. Czy zdoła znowu spojrzeć jej w oczy? Czy jego serce podoła takiemu wysiłkowi? Czy to serce nie pęknie z rozpaczy, że nigdy nie będzie się mógł połączyć z Lilja? Cóż, musi się zachowywać chłodno, żeby nie powiedzieć: odpychająco, Lilja musi zrozumieć, że nie istnieje dla nich najmniejsza nadzieja. Ale… Nie, nie wolno mu tak postępować. Armas dostatecznie głęboko ją zranił, Goram nie powinien gnębić jej jeszcze bardziej.

O, Święte Słońce, to wszystko może się okazać bardzo trudne.



8 из 163