
Wilmowski uważnie słuchał tych wyjaśnień; teraz rozłożył na stole mapę. Wszyscy się nad nią pochylili.
– Wydaje mi się, że terenem naszych łowów będzie Buganda – odezwał się Smuga podnosząc głowę znad mapy.
– Kto tam jest obecnie władcą? – zagadnął Wilmowski.
– Kabaką, czyli królem, jest obecnie kilkuletni chłopiec Daudi Chwa – odparł Hunter.
– Jak krajowcy ustosunkowani są do białych? – pytał dalej Wilmowski.
– Przyjaźnie, gdy to odpowiada ich interesom – rozpoczął Hunter. – Kiedy w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym piątym Stanley przybył do Bugandy, ówczesny kabaka, Mutesa, oznajmił mu, że chętnie będzie widział misjonarzy w swoim kraju. Ochłódł jednak szybko, gdy za nimi nie ujrzał wojska, koniecznego do ochrony przed zakusami Egipcjan. Jego następca, Mwanga, dwukrotnie stawiał opór Anglikom. Teraz rządzi tam jego nieletni syn bardziej ulegający wpływom, ale kto wie, czy nie jest to tylko cisza przed burzą. Nieliczne oddziałki brytyjskie są kroplą w gęstwie dżungli.
Hunter zamilkł. Wilmowski i Smuga spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Tropiciel słusznie przestrzegał ich przed niebezpieczeństwem. Trzeba było mieć doborową, silną eskortę, aby się nie narazić na kłopoty. Tylko bosman Nowicki zdawał się nie przejmować sytuacją. Wesoło mrugnął do Tomka, po czym odezwał się niefrasobliwie:
– Coście tak, szanowni panowie, pospuszczali nosy na kwintę? Bugandczyki nie lubią Anglików i nie ma im się co dziwić. Któż by kochał najeźdźców? Nasza wyprawa to zupełnie inna para kaloszy. Tomek pobawi się trochę z małoletnim kabaka i wyklaruje mu raz dwa, że Polacy nie lecą na niczyją ziemię.
