Lekko obrócił głowę w lewo, a potem w prawo. Był zupełnie sam, otaczał go metaliczny krajobraz. Powierzchnię pokrywała gruba warstwa rdzy, usiana głębokimi na kilkanaście centymetrów dolinkami oraz malutkimi kraterami. Linię horyzontu widział z odległości kilkunastu metrów. Rees miał wrażenie, iż przysiadł na czubku kopuły.

Pas oglądany przez warstwę chmur wokół gwiazdy przypominał szereg toczących się po niebie skrzyń, które holowały kabiny i warsztaty, dokonując w ciągu pięciu minut pełnego obrotu.

Rees często rozważał kolejność wydarzeń, które doprowadziły do powstania tego krajobrazu. Aktywność gwiazdy musiała się zakończyć przed wieloma stuleciami, zostało po niej powoli wirujące jądro z rozgrzanego do białości metalu. W oceanie ciepła utworzyły się wysepki zakrzepłego żelaza, które zderzały się i stopniowo zlewały ze sobą.

Następnie wokół żelaza wykształciła się powłoka, która w miarę upływu czasu robiła się coraz grubsza i chłodniejsza. W trakcie tego procesu pęcherzyki powietrza ulegały zatrzymaniu, przez co w kuli powstały wgłębienia i tunele i odtąd mogły ją penetrować istoty ludzkie. Na koniec ciężkie od tlenu powietrze pokryło lśniące żelazo patyną brązowego tlenku.

Zapewne jądro gwiazdy już całkowicie wystygło, ale Rees lubił sobie wyobrażać, że czuje na powierzchni lekki żar, resztki gwiezdnego ognia.

Nagle wysoko w górze rozległ się jęk. Coś błyszczącego poszybowało w powietrzu i niezbyt mocno uderzyło w zardzewiałą powierzchnię mniej więcej metr od krzesła Reesa, zostawiając świeży, o półtoracentymetrowej szerokości krater, który nie dymił z powodu silnego przyciągania gwiazdy. Z góry zaczęły teraz spadać z sykiem kolejne minipociski.

Jądro gwiazdy dudniło od wstrząsów.

Deszcz. Spadając w warunkach grawitacji wynoszącej pięć g, zamieniał się w grad parujących kulek.

Rees zaklął i wyciągnął rękę do płyty kontrolnej. Krzesło potoczyło się naprzód.



11 из 243