ROZDZIAŁ 2

Drzewo było drewnianą, obficie ulistnioną machiną o szerokości pięćdziesięciu metrów. Zwolniwszy rotację, powoli opuściło się w kierunku studni grawitacyjnej jądra gwiazdy.

Pallis, pilot drzewa, wisiał poniżej sękatego pnia, uczepiwszy się go rękami i nogami.

Za plecami miał jądro gwiazdy i znajdującą się w środku kopalnię. Spojrzał krytycznym okiem na zasłonięty przez listowie dym, który kłębił się nad górnymi gałęźmi.

Warstwa dymu nie była zbyt gruba, toteż Pallis widział światło gwiazd. Dotknął rękami najbliższej gałęzi i poczuł lekkie drżenie. Nawet tutaj, u nasady konarów, drzewo niespokojnie dygotało. Jego działaniem rządziły dwie zasady: próbowało unikać zabójczej grawitacji gwiazdy i uciekało przed cieniem dymnego obłoku, który popychał je w stronę studni grawitacyjnej.

Zręczny pilot musiał zachowywać idealną równowagę, drzewo powinno krążyć z zachowaniem wymaganej w danych warunkach odległości.

Teraz wirujące gałęzie młóciły powietrze, dlatego drzewo podskoczyło w górę co najmniej o metr. Niewiele brakowało, a Pallis oderwałby się od niego. Z listowia wyłoniła się chmara malutkich, przypominających kółeczka skoczków. Zaczęły brzęczeć wokół mężczyzny, starającego się utrzymać równowagę.

Wszystko przez tego cholernego chłopaka…

Rozwścieczony Pallis płynnymi ruchami podciągnął się przez listowie na górną część drzewa. Obłok dymu i pary wisiał kilka metrów nad jego głową, docierając wąskimi smużkami aż do konarów. Wilgotny opał został zużyty co najwyżej w połowie mis paleniskowych.

Govera, jego asystenta, nie było nigdzie widać.

Owinąwszy palcami nóg listowie, Pallis całkowicie się wyprostował. Według standardów Mgławicy był w dość podeszłym wieku, gdyż przeżył pięćdziesiąt tysięcy szycht, ale brzuch miał nadal płaski i twardy jak pień jednego z drzew ukochanej floty i wielu mężczyzn zlękłoby się na widok gęstej siateczki blizn, pokrywających jego twarz, ramiona oraz ręce i czerwieniejących w chwilach gniewu.



16 из 243