
To była jedna z takich chwil.
— Gover! Na kości, co ty wyrabiasz?! — Nad jedną z mis paleniskowych obok krawędzi drzewa pojawiła się szczupła twarz. Gover pośpiesznie zsunął się po platformie z listowia. Na wąskich plecach podskakiwał plecak. Pallis stał z założonymi rękoma i napinał bicepsy.
— Gover — powiedział łagodnie — pytam cię jeszcze raz: co ty, u licha, wyrabiasz?
— Skończyłem — wymamrotał. Gover otarł wierzchem dłoni nos, lekko rozchylając nozdrza. Po chwili cofnął świecącą rękę.
— Skończysz, kiedy ja ci to zakomunikuję. Nie wcześniej. — Pallis pochylił się nad młodzieńcem. Gover próbował uniknąć wzroku pilota. Nic nie odpowiedział. — Posłuchaj — dorzucił Pallis, wbijając palec w torbę młodzieńca. — Wciąż nosisz połowę swojego przydziału drewna na opał. Paleniska wygasają. Spójrz, w jakim stanie jest zasłona dymna.
Więcej dziur niż w twoim cholernym podkoszulku. Przez ciebie moje drzewo nie wie, w jakim kierunku się poruszać. Czujesz, jak drży? Posłuchaj, Gover. O ciebie nie dbam wcale, ale zależy mi na moim drzewie. Jeśli jeszcze raz mu zaszkodzisz, to wyrzucę cię przez krawędź.
Przy odrobinie szczęścia zostaniesz zjedzony przez Kościejów na kolację, a ja sam sprowadzę drzewo z powrotem na Tratwę. Zrozumiałeś? — Gover wisiał przed nim apatycznie, skubiąc rąbek wystrzępionego podkoszulka. Pallis przedłużał napięcie, w końcu syknął: — A teraz jazda stąd!
Gover w popłochu rzucił się do najbliższego kotła i zaczął wyciągać z plecaka szczapy drewna. Niebawem świeże kłęby dymu zasiliły uszczuploną chmurę i drżenie drzewa ustało.
Pallis dusił się ze złości, obserwując niezdarne ruchy chłopca. Fakt, miał już wielu kiepskich pomocników, ale dawniej większość z nich pragnęła się uczyć.
Przynajmniej próbowała. I stopniowo, w miarę upływu ciężkich szycht, z tych młodych ludzi wyrastali odpowiedzialni mężczyźni i kobiety, zahartowani psychicznie i fizycznie.
