Szychta Reesa dobiegła końca. Znużony wygramolił się z odlewni. Chłodne powietrze osuszało mu pot na czole. Czepiając się lin i dachów, dotarł do swojej kabiny.

Na miejscu uważnie obejrzał dłonie i ramiona. Kiedy jeden ze starszych robotników upuścił żelazną szuflę, Rees ledwie zdążył odskoczyć od gradu stopionych bryłek metalu. Część bryłek wbiła się jednak w ciało i wypaliła małe rany, które…

Nad Pasem pojawił się cień. Rees poczuł na plecach powiew wiatru. Spojrzał w górę i owionął go przenikliwy chłód.

Na tle karmazynowego nieba drzewo wyglądało wspaniale. Tuzin promieniście rosnących konarów wraz z liściastą otoczką obracał się z majestatycznym spokojem. Pień przypominał wielką, drewnianą czaszkę, która omiata spojrzeniem powietrzny ocean.

To szansa na ucieczkę z Pasa.

Drzewa dostawcze były jedynym znanym środkiem komunikacji między Pasem a Tratwą, dlatego po implozji w odlewni Rees postanowił, iż zabierze się następnym drzewem w podróż na Tratwę. Zaczął gromadzić zapasy żywności: pakował suszone mięso, napełnił bukłaki wodą.

Podczas szycht przeznaczonych na sen często nie mógł zasnąć i gdy rozmyślał o prowizorycznych przygotowaniach, na jego czole pojawiała się cienka warstwa potu.

Zastanawiał się, czy starczy mu odwagi na podjęcie decydującego kroku.

Teraz nadeszła ta chwila. Gapiąc się na wspaniałe drzewo, Rees usiłował poznać swoje emocje. Wiedział, że nie należy do bohaterów i trochę się obawiał, że strach sparaliżuje go niczym sieć. Nie czuł jednak lęku. Ustąpił nawet dokuczliwy ból rąk. Rees odczuwał tylko podniecenie. Przyszłość ograniczała się do pustego nieba, które z pewnością mogło pomieścić nadzieje młodzieńca.

Szybko wziął zawiniątko zjedzeniem, a następnie wspiął się na zewnętrzną ścianę pomieszczenia.

Z pnia drzewa zwisał sznur, który ciągnął się pięćdziesiąt metrów w kierunku Pasa, i ocierał się o orbitujące kabiny. Opuścił się na nim mężczyzna w błyszczącym kombinezonie.



19 из 243