
Był pokiereszowany, stary i muskularny, trochę podobny do pilotowanego przez siebie drzewa. Sprawiał wrażenie pewnego siebie. Zignorował wpatrzonego weń Reesa i nie ociągając się, wskoczył do jakiejś kabiny, żeby ruszyć w drogę po Pasie.
Rees przytrzymał się jedną ręką swego pomieszczenia. Rotacja Pasa systematycznie unosiła kabinę w kierunku zwisającego sznura. Uczepił się liny, kiedy od drzewa dzielił go zaledwie metr. Bez wahania opuścił Pas.
Jak zawsze pod koniec zmiany w barze „U Kwatermistrza” było bardzo tłoczno.
Pallis czekał na zewnątrz, obserwując, jak rury i pudełkowate kabiny Pasa kręcą się wokół jądra gwiazdy. Po dłuższej chwili pojawiła się Sheen, niosąca dwie okrągłe czarki z alkoholem.
Wycofali się do względnie cichego zakątka przy instalacji rurowej i w milczeniu wznieśli naczynia. Na moment spojrzeli sobie w oczy. Nieco zdezorientowany Pallis odwrócił wzrok. Ten unik wprawił go w zakłopotanie.
A niech to kości. Przeszłość minęła.
Sączył trunek, usiłując nie wykrzywiać twarzy.
— Ten alkohol robi się coraz lepszy — stwierdził.
— Przykro mi, że nie możemy zrobić nic lepszego. — Kobieta lekko uniosła brwi. — Bez wątpienia masz bardziej wyrafinowany gust…
— Do diabła, Sheen, nie pojedynkujmy się. — Z gardła Pallisa wydobyło się westchnienie. — Tak, na Tratwie jest maszyna do produkcji alkoholu. Tak, to, co wytwarza, smakuje o wiele lepiej niż te przerobione szczyny i wszyscy o tym wiedzą. Ale ten napitek naprawdę trochę się poprawił. Już dobrze? Czy teraz możemy przystąpić do interesów?
Obojętnie wzruszyła ramionami i pociągnęła łyk alkoholu. Pallis patrzył na jej włosy, błyszczące w rozproszonym świetle, i kolejny raz ogarnęło go pożądanie. Do diabła, musi z tego wyrosnąć. Minęło chyba pięć tysięcy szycht od czasu, gdy spali razem, splótłszy ciała w hamaku, a Pas cichutko toczył się wokół swej gwiazdy…
