
To był przelotny romansik: ot, dwoje zmęczonych ludzi decydujących się na jednorazowy seks. Teraz tamta zażyłość tylko utrudniała Pallisowi normalne wykonywanie obowiązków służbowych. Podejrzewał zresztą, że to górnicy pchnęli Sheen w jego ramiona, wiedząc, jakie robi na nim wrażenie, i mając nadzieję, iż wzmocni ich pozycję podczas negocjacji. Nie przebierali w środkach i gra z upływem czasu robiła się coraz bardziej brutalna.
Usiłował skoncentrować się na słowach kobiety.
— Dlatego nasza produkcja spada. Nie jesteśmy w stanie wywiązać się z umowy.
Gord twierdzi, że odlewnia zostanie oddana do użytku dopiero za pięćdziesiąt szycht.
I tak się przedstawia sprawa… — Sheen umilkła i rzuciła Pallisowi wyzywające spojrzenie.
Mężczyzna odwrócił wzrok i niechętnie rozejrzał się po Pasie. W szeregu kabin odlewnia przypominała wypaloną, rozpadającą się ranę. Przez chwilę wyobraził sobie, co się działo w czasie katastrofy: ściany ulegały wybrzuszeniu, z szufli wylewało się roztopione żelazo… Zadrżał.
— Przykro mi, Sheen — powiedział z wolna. — Naprawdę mi przykro, ale…
— Ale nie zostawisz nam pełnej zapłaty — przerwała mu zgryźliwie.
— Do jasnej cholery, to nie ja ustalam reguły. Mam na górze drzewo wypełnione towarami. Jestem gotów dać wam równowartość żelaza, które dostarczycie, według uzgodnionej stawki.
— Pallis, nienawidzę żebrać — syknęła przez zaciśnięte zęby. — Nie masz pojęcia, jak bardzo tego nienawidzę. Ale potrzebujemy towaru. — Sheen nie spuszczała wzroku z czarki. — Nasz system kanalizacyjny zupełnie się rozpada, mamy chorych i umierających.
— Daj spokój, Sheen — powiedział ostrzej, niż zamierzał. Wysączył alkohol.
— Potrzebujesz naszego metalu, człowieku z Tratwy. Nie zapominaj o tym. — Kobieta uniosła głowę i obserwowała go.
— Sheen, przecież wiesz, że dysponujemy innym źródłem. — Pallis wziął głęboki oddech. — Pierwsza Załoga odkryła dwa gwiezdne jądra na orbitach wokół Rdzenia…
