
— Jest pańskim przyjacielem — dokończył za niego O’Mara z uśmiechem. Poczekał chwilę, a gdy Conway się nie odezwał, sam podjął wątek: — Prywatnie zapewne nie cenię go tak jak pan, ale wiem o nim więcej od strony czysto profesjonalnej. Jestem też bardziej obiektywny. Na tyle obiektywny, że dwa dni temu nie uwierzyłbym, by mógł się dopuścić czegoś podobnego. To nietypowe zachowanie bardzo mnie niepokoi…
Conway rozumiał problem. Jako naczelny psycholog O’Mara odpowiadał przede wszystkim za tłumienie konfliktów wśród personelu, ten jednak był tak liczny i zróżnicowany, że mimo wzajemnej tolerancji i szacunku tarcia co pewien czas i tak się zdarzały.
Najgroźniejsze były konflikty wynikające z ignorancji albo zwykłych nieporozumień. Zdarzały się też przypadki neurozy ksenofobicznej wpływające na sprawność zawodową albo równowagę psychiczną personelu. Na przykład ziemski lekarz, który cierpiał na arachnofobię, nie był w stanie należycie zajmować się pająkowatymi cinrussańskimi pacjentami. Zadaniem O’Mary było rozpoznać i zażegnać takie niebezpieczeństwo. W drastycznych przypadkach miał prawo usunąć potencjalnie groźną jednostkę ze Szpitala. Walkę ze złem i nietolerancją toczył z takim zapałem, że Conway nieraz słyszał, jak co niektórzy porównywali go do niesławnej pamięci Torquemady.
Teraz jednak wydawało się, że czujność go zawiodła. Psychologia nie zna objawów, które pojawiałyby się bez przyczyn i zwiastunów zmian, tak więc O’Mara najpewniej zastanawiał się, co takiego przeoczył w zachowaniu starszego lekarza. Jakieś przypadkiem rzucone słowo, gest albo przelotna zmiana zachowania powinny wcześniej ostrzec o kłopotach Mannona…
Rozparł się w fotelu i zmierzył Conwaya szarymi oczami, które wiele już widziały i tak łatwo zaglądały innym do głów, że O’Mara wydawał się dzięki nim wręcz telepatą.
