— Bez wątpienia uważa pan, że coś przeoczyłem — rzekł. — Jest pan pewien, że problem Mannona jest psychologicznej natury i że wszystko da się wyjaśnić czymś innym niż tylko zwykłym zaniedbaniem. Być może wiąże to pan z niedawną śmiercią jego psa, którego odejście głęboko i szczerze przeżył. Zapewne szuka pan też jeszcze innych, równie prostych i absurdalnych powodów. Moim zdaniem jednak poszukiwanie psychologicznych wyjaśnień zachowania doktora Mannona to strata czasu. Został poddany drobiazgowym testom i jest równie zdrowy na umyśle jak my. W każdy razie jak ja…

— Dziękuję — wtrącił Conway.

— Wspominałem już panu, doktorze, że jestem tu od upuszczania pary, a nie od podbijania bębenka. Pański udział w całej sprawie jest czysto nieoficjalny, skoro jednak profil osobowościowy Mannona nie podsuwa wyjaśnienia, chciałbym, aby poszukał pan innych przyczyn, na przykład zewnętrznych, których istnienia sam zainteresowany nie podejrzewa. Doktor Prilicla był świadkiem zajścia, może więc zdoła jakoś panu pomóc. Ma pan szczególny umysł, doktorze, i zwykł pan podchodzić do problemów na swój sposób — powiedział O’Mara, wstając. — Nie chcemy stracić Mannona, niemniej uprzedzam, że jeśli uda się panu oczyścić go z zarzutów, zdziwienie chyba mnie zabije. Wspominam o tym, żeby wzmocnić pańską motywację…

Nieco wzburzony Conway wyszedł z gabinetu. O’Mara zawsze rzucał mu prosto w twarz uwagi o jego rzekomo niezwykłym umyśle, podczas gdy na początku pobytu w Szpitalu Conway był tak nieśmiały, szczególnie wobec pielęgniarek z własnego gatunku, że znacznie swobodniej czuł się w towarzystwie nieziemców. Nieśmiałość już mu przeszła, ale nadal więcej przyjaciół miał wśród Tralthańczyków, Illensańczyków czy tuzina innych jeszcze obcych niż wśród pobratymców. Może to i dziwne, przyznał w duchu, ale dla lekarza pracującego w tak wielośrodowiskowym szpitalu to duży plus.



3 из 168