
– Stańcie teraz oparci o balustradę! Trochę ciaśniej, o, tak! Teraz zrobię! Co znowu? Ojej, zapomniałam zdjąć pokrywkę z obiektywu. Jeszcze raz. Teraz, teraz dobrze! Nie, Eleno, ty zrób zdjęcie, ja pod względem technicznym jestem kompletnym matołkiem.
Elena wzięła aparat do ręki.
– Dobrze, stańcie teraz spokojnie. O, nie, tło diaska, właśnie przejeżdża jakiś samochód. Indro, nie rób takiej słodkiej miny, przypominasz starą pannę, która zrobiła na drutach czapkę dla pastora, a on poklepał ją po pupie. No, do trzech razy sztuka. Już! Udało mi się, tak przynajmniej myślę.
– Dzięki Bogu! – westchnął Armas. – Uśmiech miałem już taki sztywny jak premier, który uścisnął sto pięćdziesiąt dłoni i pogłaskał trzydzieścioro dzieci po głowie.
Skierowali się ku magazynowi, gdzie mieli rozpocząć dyżur. Szli przez szarobure ulice rodem z lat trzydziestych dwudziestego wieku, zastanawiając się, jak w ogóle ktoś może chcieć mieszkać w takich warunkach, skoro do wszystkich pozostałych części kraju dociera życiodajne światło.
Czas już nadszedł, rozpoczyna się realizacja planu.
Żadne z nich nie znało myśli, które ktoś snuł gdzieś w pobliżu.
– Słyszałem, że Dolgo i Marco są już w drodze tutaj – powiedział Armas. – I Gabriel.
– A co ojciec ma tu do roboty? – zdziwiła się Indra. – Dlaczego w ogóle się tu wybierają? Ale chętnie się z nim zobaczę. Z pozostałymi również.
– Ja także – przyznała Elena. – Dolgo jest taki interesujący w swej tajemniczej małomówności. Wiecie, bywają zamknięci w sobie ludzie, na których widok jednak od razu budzi się ochota, by się czegoś więcej o nich dowiedzieć, innych nazywa się nudziarzami i nie zwraca na nich uwagi.
