
– Tych Saracenów – wyjaśnił spokojnie, oglądając swe pierścienie, Łukasz Frydman – wykłada się na chrześcijańskich uniwersytetach. Jako medyczne autorytety. A wasz czarownik to Albert Wielki, biskup Ratyzbony, uczony teolog.
– Tak powiadacie? Hmmm… Spójrzmy dalej… O! Causae et curae, napisane przez Hildegardę z Bingen. Pewnie czarownica, ta Hildegarda!
– Nie bardzo – uśmiechnął się ksiądz Gall. – Hildegarda z Bingen, prorokini, zwana Sybillą Reńską. Zmarła w aurze świętości.
– Ha. Ale jeśli tak twierdzicie… A cóż to jest? John Gerard, Generall… Historie… of Plantes… Ciekawe, po jakiemu to, po żydowsku chyba. Ale to pewnie kolejny jaki święty. Tu zaś mamy Herbarius, przez Thomasa de Bohemia…
– Jak powiedzieliście? – uniósł głowę ksiądz Jakub. – Tomasza Czecha?
– Tak tu stoi.
– Pokażcie. Hmmm… Ciekawe, ciekawe… Wszystko, jak się okazuje, zostaje w rodzinie. I wokół rodziny się kręci.
– Jakiej rodziny?
– Tak rodzinnej – Łukasz Frydman nadal zdawał się interesować wyłącznie swymi pierścieniami – że bardziej nie można. Tomasz Czech, czyli Behem, autor tego Herbariusa, to pradziad naszego Reinmara, amatora cudzych żon, który tyle nam narobił zamieszania i kłopotów.
– Tomasz Behem, Tomasz Behem – zmarszczył czoło burmistrz. – Zwany też Tomaszem Medykiem. Słyszałem. Był druhem któregoś z książąt… Nie pamiętam…
– Księcia Henryka VI Wrocławskiego – pospieszył ze spokojnym wyjaśnieniem złotnik Frydman. – Faktycznie był ów Tomasz jego przyjacielem. Wybitny był to ponoć uczony, zdolny lekarz. Studiował w Padwie, w Salerno i Montpellier…
– Mówili też – wtrącił Hofrichter, już od paru chwil kiwnięciami głowy potwierdzający, że również sobie przypomniał – że był czarownikiem i kacerzem.
