
– Czarownictwo, o którym wydzierała się u augustianów Adela Sterczowa, okolicznością nie jest? Pracownia nie jest? Alchemiczny alembik i pentagram na podłodze nie są? Mandragora? Trupie czaszki, trupie ręce? Kryształy i zwierciadła? Butle i flakony diabli wiedzą z jakim plugastwem czy jadem? Żaby i jaszczurki w słojach? Okolicznościami nie są?
– Nie są. Inkwizytorzy to ludzie poważni. Ich rzecz to inquisitio de articulis fidei. Nie zaś babskie bajania, zabobony i żaby, tymi ani myślę zawracać im głowy.
– A księgi? Te, które tutaj leżą?
– Księgi – odrzekł spokojnie Jakub Gall – należy wpierw przestudiować. Wnikliwie i bez pośpiechu. Święte Oficjum nie zabrania czytania. Ani posiadania ksiąg.
– We Wrocławiu – rzekł ponuro Hofrichter – dopiero co dwóch poszło na stos. Wieść głosi, że za posiadane księgi właśnie.
– Bynajmniej nie za księgi – zaprzeczył sucho proboszcz – lecz za kontumację, za hardą odmowę wyparcia się głoszonych treści, w księgach owych zawartych. Wśród których były pisma Wiklefa i Husa, lollardzki Floretus, artykuły praskie i liczne inne husyckie libelle i manifesty. Czegoś podobnego nie widzę tu, wśród książek zarekwirowanych w pracowni Reinmara z Bielawy. Widzę tu niemal wyłącznie dzieła medyczne. Będące zresztą w większości, lub w całości nawet, własnością scriptorium klasztoru augustianów.
– Powtarzam – Jan Hofrichter wstał, podszedł do wyłożonych na stole ksiąg. – Powtarzam, wcale mi się nie pali ani do biskupiej, ani do papieskiej inkwizycji, na nikogo donosić nie chcę i nikogo widzieć skwierczącym na stosie. Ale tu i o nasze zadki idzie. By i nas o te księgi nie oskarżono. A cóż tu mamy? Prócz Galena, Pliniusza i Strabona? Saladinus de Asculo, Compendium aromatorium. Scribonius Largus, Compositiones medicamentorum. Bartolomeus Anglicus, De proprietatibus rerum, Albertus Magnus, De vegetalibus et plantis… Magnus, ha, przydomek iście godny czarownika. A tu, proszę bardzo, Sabur ben Sahl… Abu Bekr al-Razi… Poganie! Saraceni!
