– Z czystej sympatii – podjął Flutek – zrobię dla ciebie jeszcze coś. Pozwolę ci osobiście, własną ręką pomścić brata. Tak, tak, dobrze słyszysz. Nie dziękuj. Reynevan nie podziękował i tym razem. Zresztą słowa Flutka nie w pełni jeszcze do niego docierały. – Za jakiś czas zgłosi się do ciebie mój człowiek. Poleci, byś udał się na Rynek, do domu "Pod Złotym Konikiem", tego, w którym dziś rozmawialiśmy. Przyjdź tam

niezwłocznie. I weź ze sobą kuszę. Zapamiętasz? Dobrze.

Bywaj.

– Bywaj, Neplach.


Dalej obyło się bez ewenementów. Było już ciemno, gdy Reynevan dotarł na róg Szczepana i Na Rybniczku, do domu z izdebką na pięterku, którą wespół z Samsonem Miodkiem wynajmował u pani Blażeny Pospichalovej. Liczącej sobie jakieś trzydzieści lat wdowy po Pospichalu, reguiescat in pace i Bóg z nim, kimkolwiek był, co robił, jak żył i na co umarł. Ostrożnie otworzył furtkę do ogródka, wszedł w sień, gdzie było ciemno choć oko wykol. Dołożył starań, by drzwi nie skrzypiały, a stopnie starych schodów nie trzeszczały. Starał się o to zawsze, wracając po zmroku. Nie chciał budzić pani Blażeny. Lekko obawiał się skutków, jakie mogła mieć konfrontacja z panią Blażeną, gdyby do takowej doszło po ciemku. Stopień, na przekór jego wysiłkom, zatrzeszczał potępieńczo. Otwarły się drzwi, powiało larendogrą, różem, winem, woskiem, powidłami, starym drewnem, świeżo wypraną pościelą. Reynevan poczuł, jak szyję oplata mu pulchne ramię, a para pulchnych piersi przyciska go do poręczy schodów. – Świętujemy dzisiaj – szepnęła mu w prosto w ucho pani Blażena Pospichalova. – Dziś święto, chłopaczku. – Pani Blażeno… Azali… Godzi się…



34 из 521