
– Cicho bądź. Chodź.
– Ale…
– Cicho.
– Ja kocham inną!
Wdowa wciągnęła go do alkierza, popchnęła na łóżko. Pogrążył się w pachnącej krochmalem otchłani pierzyny, utonął, obezwładniony puchową miękkością. – Ja… kocham… inną…
– A kochaj sobie.
Rozdział drugi
w którym Flutek dotrzymuje słowa, Hyek z Kolsztejna przynosi Pradze pokój święty, a historia rani i kaleczy, zmuszając medyków do ciężkiej pracy.
Flutek dotrzymał słowa. Kompletnie tym zresztą Reynevana zaskakując. Miesiąc bowiem minął od tamtej rozmowy, od dnia festynu z okazji zwycięstwa pod Tachowem. Od zamachu. I od incydentu z panią Blażeną Pospichalovą, który zdarzył się w noc z czwartego na piąty sierpnia. Incydent z panią Blażeną powtórzył się, co tu ukrywać, potem jeszcze kilkakroć i w sumie więcej miał stron miłych niż niemiłych. Do tych pierwszych należały – między innymi smaczne i obfite śniadania, którymi po piątym sierpnia pani Blażena jęła raczyć swych sublokatorów. Reynevan i Samson, dotąd jadający raczej nieregularnie i skąpo, po czwartym sierpnia zaczęli chodzić do swych zajęć syci i zadowoleni z życia, idąc zaś uśmiechali się pogodnie do bliźnich i pogwizdywali wesoło, rozpamiętując smak bułeczek, twarogu, szczypiorku, wątrobianki, ogóreczków i jajecznicy z tartym selerem. Jajecznicę z selerem pani Blażena serwowała szczególnie często. Jajka, mawiała, śląc Reynevanowi spojrzenia aksamitne jak alpejskie szarotki, wzmagają moc. A seler, dodawała, wzmaga chęć. Po miesiącu od tamtych wydarzeń, już we wrześniu, szóstego, w sobotę przed Narodzeniem Panny Marii, gdy Reynevan i Samson kończyli jajecznicę z selerem, w izbie zjawił się, cicho jak szary cień, znany Reynevanowi szary typek w szarych gaciach. – Jegomość czekają – wyrzekł cicho, a krótko. – W "Złotym koniku". Wnet, panie. Praskie ulice były wyjątkowo mało ludne, wręcz wyludnione. Wyczuwało się napięcie, tętno miasta było nerwowe, niespokojne i nieregularne. Dachy lśniły po deszczu, jaki spadł przed świtem. Milczeli, idąc. Samson Miodek odezwał się pierwszy.
