– Fiat! Fiat! Fiat! – wyrzekli grobowymi głosy prałaci w białych komżach.

Wyciągnąwszy gromnicę przed siebie w wyprostowanej ręce, biskup szybko odwrócił ją płomieniem w dół i upuścił. Prałaci poszli w jego ślady, stukot rzucanych na posadzkę świec zmieszał się ze swądem gorącego wosku i kopcia gasnących knotów. Wielki dzwon uderzył. Trzy razy. I zamilkł. Echo długo kołatało się i cichło pod sklepieniem.

Śmierdział wosk i kopeć, śmierdziała, parując, mokra i długo nie zmieniana odzież. Ktoś kasłał, ktoś czkał. Elencza przełykała łzy.


* * *

Dzwon u pobliskiej Marii Magdaleny podwójnym pulsatio obwieścił nonę. Dalszym echem zawtórowała odrobinę tylko spóźniona Święta Elżbieta. Za oknem ulica Szewska rozbrzmiewała zgiełkiem i turkotem kół.

Kanonik Otto Beess oderwał oczy od obrazu przedstawiającego męczeństwo świętego Bartłomieja, jedynej, prócz półki z lichtarzami i krucyfiksem, dekoracji surowych ścian izby.

– Bardzo ryzykujesz, chłopcze – powiedział. Były to pierwsze słowa, jakie wyrzekł od chwili, gdy otworzył drzwi i zobaczył, kto w nich stoi. – Bardzo ryzykujesz, pokazując się we Wrocławiu. W mojej opinii to już nawet nie jest ryzyko. To zuchwałe wariactwo.

– Wierz mi, wielebny ojcze – spuścił oczy Reynevan. – Nie zjawiłbym się tu, nie mając powodów.

– Których się domyślam.

– Ojcze…

Otto Beess pacnął dłonią w stół, szybkim uniesieniem drugiej ręki nakazał mu milczenie. Sam też milczał długo.

– Tak między nami – powiedział wreszcie – osobnik, którego cztery lata temu, po zamordowaniu Peterlina, za moją sprawą wydobyłeś od strzegomskich karmelitów… Jak on ci się kazał zwać?

– Szarlejem.

– Szarlejem, ha. Wciąż masz z nim kontakt?



14 из 508