
Reynevan wytarł podanym ręcznikiem piekącą twarz i mokre czoło. Odetchnął mocno, zbierając odwagę.
– Jakie mam gwarancje – warknął – że Jutta w ogóle jeszcze żyje? Że na wieki wieków nie ukryliście jej na dnie jakiejś fosy? Ja wam też coś przypomnę: w grudniu, pod Ziębicami, na nic się nie zgodziłem, niczego wam nie przyrzekłem. Nie obiecałem, że nie będę poszukiwał Jutty, a to z prostej przyczyny: bo będę. I nie zgodziłem się na współpracę z wami. Z podobnie prostej przyczyny: bo się nie zgadzam.
Łukasz Bożyczko patrzył na niego przez chwilę.
– Obłożyli cię klątwą – powiedział wreszcie, dość obojętnie. – Wystawili significavit, obiecali nagrodę za żywego lub martwego. Jeśli będziesz szwendał się po Śląsku i poszukiwał wiatru w polu, zabije cię pierwszy, kto cię rozpozna. A najpewniej dopadnie cię i załatwi Birkart Grellenort, czarownik, który wciąż na ciebie dybie. A choćbyś i uchronił głowę, zważ, że dla nas jesteś atrakcyjny jako husyta, jako ktoś będący blisko dowódców Sierotek i Taboru. Jako dochodząca prywaty i wiodąca jakieś prywatne śledztwo osoba prywatna będziesz dla nas nikim. Atrakcyjność utracisz. Zwyczajnie skreślimy cię z listy. A wtedy twej Jutty nie zobaczysz już nigdy. Masz wóz albo przewóz: albo współpraca, albo o dziewczynie zapomnij.
– Zabijecie ją.
– Nie – Bożyczko nie spuszczał z niego wzroku. – Nie zabijemy. Zwrócimy rodzicom, zgodnie z danym im przyrzeczeniem. Stosownie do zawartego układu, zgodnie z którym czasowo przetrzymujemy pannę w izolacji. Gdy zaś afera ucichnie i cała rzecz przyschnie, oddamy ją i pozwolimy, by rodzice zrobili z nią to, na co wreszcie się zdecydują.
