Trzeciego zaś dnia zajęczą otchłanie ziemi z czterech krańców świata, a całą przestrzeń wypełni odrażający smród siarki. I będzie tak aż do godziny dziesiątej.

Czwartego dnia tarcza słońca się zasłoni i będą ciemności wielkie. Przestrzeń będzie posępna bez słońca i księżyca, gwiazdy zaprzestaną swej posługi. Tak będzie aż do poranku.

Szóstego dnia poranek będzie mglisty…

Rozdział pierwszy

w którym próbującego natrafić na ślad swej lubej Reynevana spotykają rozliczne przykrości. W szczególności przeklęty jest. W domu i na dworze, stojący, siedzący i robiący. A Europa w tym czasie zmienia się. Adaptując nowe techniki walki.


Poranek był mglisty, jak na miesiąc luty dość ciepły. Całą noc miało się na odwilż, od świtu śnieg topniał, odciski podkutych kopyt i wygniecione kołami wozów koleiny momentalnie wypełniały się czarną wodą. Osie i orczyce skrzypiały, konie chrapały, woźnice klęli sennie. Licząca blisko trzysta wozów kolumna posuwała się wolno. Nad kolumną unosił się ciężki, duszący zapach solonych śledzi. Sir John Fastolf sennie kiwał się w siodle.


* * *

Po paru dniach mrozu przyszła nagle odwilż. Mokry śnieg, który padał noc całą, tajał szybko. Roztopiona okiść kapała ze świerków.

– Hyyyr na niiich! Bij!

– Haaaa!

Zgiełk gwałtownej walki spłoszył gawrony, ptaki zerwały się z gołych gałęzi, ołowiane lutowe niebo upstrzyła czarna i ruchliwa mozaika, przesycone rozmarzłą wilgocią powietrze wypełniło się krakaniem. Szczękiem i łomotem żelaza. Krzykiem.

Bito się krótko, ale zajadle. Kopyta zryły śniegową breję, skotłowały ją z błotem. Konie rżały i kwiczały cienko, ludzie wrzeszczeli. Jedni bojowo, drudzy z bólu. Zaczęło się raptownie, skończyło szybko.



5 из 508