
Prawdę powiedziawszy, wszyscy się z tego cieszyli. Naprawdę trudno byłoby zostawić chłopaka samego, bez sił, na tym pustkowiu. Antonio podał mu jeszcze jedną tabletkę uśmierzającą ból i w końcu Morten, podpierając się znalezionym kijem, kulejąc, ruszył za nimi.
Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że przez niego marsz będzie się bardzo opóźniał. Musieli jednak się z tym pogodzić. Najważniejsze, że się nie rozdzielili.
Emmy na razie nigdzie nie było widać, lecz doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że mnisi informują ją o wszystkim przez cały czas. I że żadna próba wymknięcia się spod ich obserwacji na niewiele się zda. Unni westchnęła:
– Ach, gdybym mogła rozprawić się z tymi ostatnimi czterema upiorami!
Chudy mężczyzna z niesmakiem spoglądał na niezamieszkane górskie chaty, do których dotarli. Było ich całkiem sporo i nie miały żadnego związku z piętnastym wiekiem. Wybudowano je raczej na początku wieku dwudziestego.
– Innymi słowy całkiem zmarnowany czas! – prychnął.
– Owszem, ale teraz wiemy przynajmniej, gdzie są ci idioci! – stwierdził Thore Andersen.
– Owszem, to wiemy aż za dobrze! Znaleźli chatę hycla, my natomiast nie.
– Mają nad nami sporą przewagę – przytaknęła asystentka, bo wreszcie wyszło na jaw, że asystent jest kobietą. – Zatrzymamy się tutaj i odpoczniemy?
– Nie ma mowy! Trzeba się spieszyć. Ciężko westchnęli.
A więc powrotna droga, długa, kamienista. Właściwie wręcz trudno mówić o drodze, to raczej bezdroża. A potem jeszcze długi marsz w pogoni za zdobyczą.
Wąwóz z bliska nie wyglądał ani trochę przyjemnie. Jeśli kiedykolwiek wiodła tędy jakaś ścieżka, to teraz całkowicie zarosła i zniknęła. Dno wąwozu było straszliwie nierówne, zaścielone głazami, które osunęły się z góry. Wśród nich wyrosły krzaki, gdzieniegdzie kępa wykrzywionych drzew.
Z rezygnacją przyglądali się temu smutnemu widokowi.
